środa, 19 września 2018

VI runda MPPZ czyli szybko, szybko, szybko


   Rajd na który czekałem prawie dwa lata jednocześnie słysząc o nim wiele złego. No ale przecież góry... widoki, zakręty, zjazdy i podjazdy, swąd palonych hamulców i umierających sprzęgieł. Przecież to musi się udać.
   Zobaczmy!

1. Czwartek

   W tym roku schemat podróży niestety jest cały czas taki sam. Ciągły pęd i bus wypchany motocyklami. 
  Pomijając błądzenie po województwie Opolskim z powodu zablokowanej "11", udało nam się we względnej zgodzie dotrzeć późnym wieczorem do bazy rajdu.
  Na miejscu zobaczyliśmy właściwie same znajome twarze. Zapowiadające kameralny rajd w doborowym towarzystwie.






2. Piątek

   W tym miejscu zaczyna się wiele rzeczy, które są dość zaskakujące jeśli chodzi o rajdowy "standard".
   Pierwszą z nich jest godzina wyjazdu na trasę. 12! Niby fajnie bo człowiek się wyśpi, zje śniadanie, wypije spokojnie kawę. Szkoda tylko, że wszystko to zdąży się zrobić do 10 a później nie ma co robić.
   Tuż za bramą, a raczej za stawkiem czekała nas pierwsza konkurencja sprawnościowa. Wolna jazda z pochylnią. Ciekawe urozmaicenie tej prostej z punktu widzenia kibica konkurencji.



   Dalej tego dnia ważna była już chyba tylko trasa. Zjazdy, podjazdy, słońce i piękne widoki. Miałem wrażenie, że konkurencje tylko mi przeszkadzają w tym nowym dla mnie jako motocyklisty środowisku.
   Trasa wiodła pół na pół przez Polskę i Czechy.
   Jednym Czeskim przystankiem był Jabłonków. Jest to najbardziej na wschód wysunięte miasto naszych południowych sąsiadów. Na rynku Czesi zapewnili poczęstunek oraz konkurencję polegającą na obieraniu jabłek na czas.




   Dalej jeszcze kawałek przez Czechy i wróciliśmy do Polski. Jechaliśmy dość stałą grupą, którą prowadził Marcin z Gośką.
   Dzięki nim pierwszy raz od dawna mogłem sobie pozwolić na zupełnie bezrefleksyjną jazdę bez patrzenia w itinerer. Tempo mieliśmy tak dobre, że nawet podjazdy na których redukowałem do "jedyny" jakoś specjalnie nas nie spowalniały. Chociaż zdarzył się jeden podjazd gdzie z naprzeciwka wyłonił się bus i bałem się, że jeśli się zatrzymam to dalej będę musiał prowadzić motocykl obok siebie.
   Przez takie właśnie sytuacje dopędzając różne grupki czuć było swąd sprzęgieł i hamulców.
   Następnym przystankiem był rynek/promenada w Wiśle gdzie wśród tłumu ludzi odbyła się próba sprawnościowa.



   Jadąc beztrosko nagle zobaczyłem znajomy parking za stawkiem przy bazie rajdu. Czekała nas kolejna próba sprawnościowa, która zakończyła pierwszy dzień rajdu.
   W sumie tego dnia pokonaliśmy 100 urokliwych kilometrów. Zdecydowanie zbyt szybkich kilometrów... Szybkich myślę tutaj o subiektywnym i obiektywnym upływie czasu jaki minął pokonując je.




    Ciekawostką i rzeczą wartą zapamiętania jest jedyna awaria która wydarzyła się tego dnia. Rozkręcił się tłumik w Simsonie. Spowodowało to zapłon spalin na jego powierzchni i zmianę koloru na fioletowy. Dokładnie taki sam jak na kolanku gdy mamy zbyt opóźniony zapłon.
   W czasie wieczornej integracji bohaterami też  były tłumiki i zapłony. Tym razem jednak sprawdzane było, który z motocykli strzela w tłumik. Nie muszę chyba tłumaczyć, że pochwały zbierały te które strzelały!


3. Sobota

   Rozpoczęta zmianą dętki w SHLce.


   Dzień dla sponsorów i włodarzy. Nie mógł się zacząć inaczej niż startem z Cieszyńskiego rynku. Niestety na odprawie po raz kolejny wypłynęły informacje, że jakiegoś punktu nie ma, lub został przesunięty albo będzie jeśli znajdą kogoś kto go obsłuży.





   Ale nie narzekaliśmy, wykonaliśmy próbę sprawnościową i za strzelającym Marcinem ruszyliśmy w 50 kilometrową przejażdżkę.
   Trasa jak dnia wcześniejszego była niezwykle malownicza. Góry nigdy mnie nie zawodzą.
   Nie zdziwicie się pewnie, że w czasie jazdy musieliśmy się zatrzymywać gdzie wyznaczył nam organizator. Jednym z takich miejsc był folwark w Kończycach Wielkich gdzie właściciele nie dostali potwierdzenia, że się tam pojawimy i nie przygotowali się na naszą wizytę. Na szczęście udało się zjeść pyszną jajecznicę bez pieczywa, które jeszcze nie dotarło na nadchodzące wesele. W folwarku były też testy z historii motoryzacji oraz przepisów ruchu drogowego.

 

   Dalej trafiliśmy na ranczo Jacentego gdzie trzeba było rozpoznać jaki silnik posiadają wskazane motocykle. Widać było ogrom ciekawych maszyn który zgromadził w swoim obejściu. Patrząc na nie można stwierdzić, że jest to złomowisko ale wprawne oko widzi potencjał drzemiący w maszynach tam zgromadzonych.


   Dzień drugi kończyliśmy na rynku w Cieszynie gdzie odbywał się konkurs elegancji i kolejna próba sprawnościowa. Próba ta sprawiała wrażenie wymyślonej na poczekaniu gdyż plan przejazdu był narysowany długopisem i występował tylko w jednym egzemplarzu.



   Po konkursie elegancji w czasie którego zaczął padać deszcz pojechaliśmy szybko do bazy i w ostatniej chwili przed oberwaniem chmury włożyliśmy motocykle na busa. Torby pakowaliśmy już w pełnym deszczu.
   W górach widok płynącej w dół wody i zbierającej się w najniższych miejscach jest niesamowity. Nigdy nie widziałem tylu pojazdów stojących w wodzie powyżej progów.
   Rajd zakończyliśmy tak jak zaczęliśmy czyli w busie wypełnionym oparami benzyny.

4. Podsumowanie

   Wszystko było szybko. Wyjazd z domu. Tempo nadawane przez Marcina. Konkurencje. I chyba organizacja rajdu też była "na szybko".
   Jeżdżąc na rajdy zawsze obserwuję bardzo dokładnie to jak one wyglądają dla uczestnika oraz trochę jak wyglądają od zaplecza. Wiele razy pisałem, że potrzeba ludzi do tego aby zorganizować dobry rajd. Często niedostatki personelu można kompensować bardzo precyzyjną organizacją. Ale wiemy dobrze, że czynnik ludzki lub jakieś zdarzenie losowe mogą tę kruchą homeostazę zniszczyć.
   Cieszyn  był sprawnie przebiegającym rajdem z racji ograniczenia konkurencji i zadań. Brak personelu i brak perfekcyjnej organizacji wychodził jednak na każdym kroku.
   Ten rajd pokazał też, że Komandor nie może być osobą od wszystkiego. Moim zdaniem każdy wycinek działalności rajdowej (baza, konkurencje, posiłki, lokacje w których się pojawiamy) powinien mieć swojego koordynatora który znał by swoją działkę perfekcyjnie i sprawnie rozwiązywał związane z nią problemy.
   Czy wrócę na Cieszyński rajd? Pewnie tak. Lubię góry i ludzi z którymi się tam spotkałem. Organizacja musi się jednak trochę poprawić. Chociaż słyszałem, że była dużo lepsza niż rok temu.

wtorek, 4 września 2018

Motozłaz 2018


Relacja z Motozłazu

PROSZE NIE REGULOWAĆ MONITORA, TO NAPRAWDĘ RELACJA Z MOTOZŁAZU

Z dużym opóźnieniem spowodowanym nawarstwieniem różnych rzeczy zabrałem się za zredagowanie relacji z Motozłazu Lubartowskiego. Tym razem jednak nie jest ona autorstwem Pawła, który z pewnych względów nie pojawił się na rajdzie, więc jako dobry znajomy z klubu z Mińska Mazowieckiego zostałem poproszony o jej napisanie ;)
Motozłazu stałym zawodnikom startującym w Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowych na Motocyklach nie trzeba przedstawiać. Niesamowity klimat i atmosfera towarzysząca temu rajdowi jest niepowtarzalna i nie ma takiej drugiej imprezy w kalendarzu mistrzostw. Znany wszystkim staw przy samym ośrodku jest centrum rozrywki wszystkich rajdowiczów, a także miejscem relaksu i ochłody po ciężkich dniach zmagań podczas rajdu.

Na spotkanie zresztą ekipy wyruszyłem z Zielonki ok 9 w czwartek, oczywiście na kołach w strone Minska Mazowieciego, skąd z parkingu ruszaliśmy razem w stronę Firleja bocznymi drogami przez m.in. Stoczek Łukowski i Kock. Emzete w tym roku wyposażyłem w dedykowane do niej kufry polskiej produkcji kupione bardzo przypadkowo. Nie żałuje zakupu, bo świetnie się sprawdzają i są bardzo pojemne. Tak pojemne, że dostałem misję dostarczenia zregenerowanej prądnicy do Sokoła 600 którą bez problemu dopchnąłem do swoich bambetli


Na miejsce dojechaliśmy około godziny 14. Na miejscu oprócz nas spotkaliśmy trochę „Mohikanów”, wielu znajomych miało jeszcze dojechać. Po rozpakowaniu się i rozstawieniu namiotów i reszty „boxu mechaniczno-serwisowego” poszliśmy się zarejestrować do biura rajdu, które nie było jeszcze czynne kiedy przyjechaliśmy. Dla podkreślenia stulecia naszej niepodległości każdy z uczestników dostał biało czerwoną flagę którą miał przyczepić do motocykla. Uważam to za fajny element uczczenia tej ważnej rocznicy.
Po wszystkim ruszyliśmy nad wyżej wspomniane jezioro, lub jak twierdzą inni staw. Reszta dnia minęła upojnie i miło rozmawiając z nowo przybyłymi uczestnikami rajdu oraz oddając się relaksacji nad wodą.


Dzień I

Po pobudce ok 8:30 odbyła się krótka odprawa przed rajdowa, a której pokrótce wyjaśniono nam trasę i jej przebieg. Dostaliśmy materiały rajdowe i numery. Zawodnicy, jak to już się utrwaliło na Motozłazie byli wypuszczani według rocznika Motocykli. Rozwiązanie to ma swoje plusy i minusy, ale przede wszystkim zapobiega jeżdżenia zwartą grupą klubową, jeżeli roczniki motocykli są różne, więc teoretycznie wszyscy mają równe szanse i muszą polegać głównie na swoich umiejętnościach. Itinerer, podobnie jak na Rajdzie Magnet nie posiadał tzw. „kilometrówki”. Uważam ze dla tak leciwych maszyn, gdzie nie każda ma licznik bo były zwyczajnie go pozbawione, albo jeżeli już był to jego dokładność pozostawiała wiele do życzenia, szczególnie jeżeli chodzi o metry, takie rozwiązanie jest lepsze i likwiduje wiele pomyłek bo wtedy itinenerer jest dokładniejszy i skupiamy się na konkretnej sytuacji z kratki, a nie ile przejechaliśmy metrów
Pierwszy zawodnik wystartował punkt 9, kolejni w minutowych odstępach. Każdy uczestników miał określoną godzinę wyjazdu, której musiał pilnować, bo jeżeli wyjeżdżał później niż miał podane, to i tak miał wpisywaną godzinę ustaloną, a finalnie miał mniej czasu na ukończenie etapu.
Przewidziany dystans na pierwszy dzień rajdu liczył 120 km malowniczymi drogami Ziemi Lubelskiej. Na trasie czekały nas rożne próby sprawnościowe i oceny techniki jazdy, testy z przepisów ruchu drogowego,ale także pytania z wiedzy historycznej nie dotyczącej jednak motocykli. Należało przed rajdem przypomnieć sobie ważne wydarzenia z czasu odzyskania przez Polskę Niepodległości, czego ja nie zrobiłem i wszystkie odpowiedzi miałem błędne.
Jeżeli próby sprawnościowe i próby OTJ z rajdu Płockiego były zbyt trudne i czasem niebezpieczne, to dla równowagi na próbach które nas czekały można było odetchnąć z ulgą, gdyż były o wiele łatwiejsze i mniej skomplikowane. Może poza jedną która odbyła się na polnej drodze z wysypanymi rzadko kamykami. Gwałtowne zahamowanie przednim kołem gwarantowało glebę, o czym boleśnie przekonał się kolega „owiec”. Na szczęście jemu i maszynie nic się nie stało. Jak mówi stare powiedzenie „Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz”. Na próbach nie spotkałem dużych kolejek, co oceniam za duży plus dla organizatorów, bo sam wiem że ciężko to uzyskać. Po raz pierwszy w tym roku udało mi się nie złapać żadnej taryfy ani punktów karnych, więc z każdą próbą moje szanse na przyzwoite miejsce rosły.
Pierwszy etap zakończyliśmy w Muzeum Henryka Sienkiewicza, gdzie pracownik Muzeum barwnie nam opowiadał o wbrew pozorom bardzo ciekawym i barwnym życiu Henryka Sienkiewicza. Każdy słuchał z uwagą, bo na zakończenie czekał nas test z tego czego się dowiedzieliśmy. Na przejechanie etapów mieliśmy określony czas, którego przekroczenie skutkowało punktami karnymi. Przyjazd wcześniejszy nie był punktowany karnie.
W Kocku już pod koniec trasy czekała nas „róża wiatrów” znana wszystkim startującym rok temu. Przez niektórych kochana, przez niektórych znienawidzona. Ja natomiast uważam, że takie elementy jazdy nawigacyjnej powinny być wdrażane powoli do mistrzostw dla motocykli, gdyż uczy nowych rzeczy i polepsza umiejętności. Na szczęście była o wiele łatwiejsza niż rok temu i trudniej było ją zepsuć. Rok temu położyłem ją totalnie, w tym roku poszło mi o wiele lepiej, lecz podniecony ze już dobrze idzie za bardzo się zamyśliłem i pod koniec nie uwzględniłem jednej sytuacji, która jeszcze wcześniej uwzględniałem i przejechałem ją dobrze. Koniec końców nie zebrałem tylko jednej pieczątki, więc za „różę” dostałem tylko jeden punkt karny, a nie jak rok temu 20 :D.
Po zakończeniu „róży wiatrów” został jeszcze krótki odcinek na którym nie było już nic specjalnego do zrobienia. Przyjechaliśmy na bazę rajdu, oddaliśmy karty drogowe. Pogoda dopisała aż nadto, rano było już tak ciepło, że wystartowałem bez kurtki i w cienkich długich spodniach. Mimo tego i tak było za gorąco. Tak samo jak większość udałem się nad jezioro, co było idealnym zwieńczeniem dnia. Ok 20 wywieszono wstępne wyniki. Po pierwszym dniu byłem 4.

Dzień II

Po wymagającym poprzednim dniu i wieczorze gdzie co po niektórzy mieli już co świętować pobudka i odprawa była nieco później. Trasa na ten dzień wynosiła ok 50km, więc była mniej wymagająca i bardziej relaksująca, przeznaczona bardziej na cieszenie się drogą. Tak jak rok temu jechaliśmy w stronę Ostrowa Lubelskiego. Wcześniej jednak czekała nas próba sprawnościowa przez Pałacem Sanguszków. Po skończonej probie kontynuowaliśmy podróż do Ostrowa, gdzie czekała nas próba OTJ i mały poczęstunek. Po zakończonej próbie otrzymaliśmy krótki itinerer który miał nas zaprowadzić na testy z historii motoryzacji. Bałem się go trochę, bo to zazwyczaj jest loteria, ale po zobaczeniu pytań pomyślałem o Pawle, bo dzięki niemu i Velocette odpowiedziałem na oba pytania dotyczące tego pojazdu poprawnie. Finalnie miałem tylko jeden błąd, co uznaje za dobry wynik.
Po rozwiązaniu testu wróciliśmy do Ostrowa, gdzie czekała na nas następna próba i konkurs elegancji. Próbę wykonałem znów bezbłędnie, a na konkursie zdobyłem uznanie Jury przebrany za robotnika z NRD. Po wszystkim ruszyliśmy w stronę Pałacu Sanguszków gdzie czekała nas ostatnia konkurencja OTJ polegająca na pobraniu piłeczki, przejechaniu slalomu i jej odłożenie. Po tym nastąpiło oddanie karty drogowej i czas na odpoczynek i posiłek.


Po zrobieniu jednego wielkiego zdjęcia pamiątkowego wszyscy wsiedliśmy na nasze stalowe rumaki i wróciliśmy na bazę rajdu. Tak jak poprzedniego dnia, wszyscy oddali się relaksowi i odświeżeniu w ciepłej wodzie Firleja i chłodnym napojom oczekując na wyniki rajdu.
Wstępne nieoficjalne wyniki były dla mnie bardzo dobre, zająłem 3 miejsce. Niestety moja radość nie potrwała długo, gdyż jednemu z zawodników wpisano złe punkty za karte oceny pojazdu, który zauważył to akurat ostatniego dnia. Niestety ten mały protest sprawił że spadłem o jedną lokatę, ale dalej bardzo się cieszyłem z wyniku.
Oprócz zdobytego 4 miejsca w klasie post 70 zdobyłem 2 miejsce w konkursie elegancji, co uważam za duży sukces. Po rozdaniu nagród odbył się bal komandorski, gdzie wszyscy jak zwykle bardzo dobrze się bawili, bo następnego wszyscy w smutku musieli się spakować i wrócić do rzeczywistości.


Powrót nie mógł się odbyć bez niespodzianek, akurat trafiliśmy na chwilowe załamanie pogody i zmokliśmy trochę, ale za chwile niebo się rozchmurzyło i szybko się wysuszyliśmy. Za Stoczkiem Łukowskim każdy z nas się pożegnał i koniec końców udał się w swoją stronę

Podsumowanie
Rajd był zorganizowany jak zwykle na najwyższym poziomie, na trasie i w itinererze nie było żadnych niespodzianek i przede wszystkim, co uważam za najważniejsze, bardzo dobrze się bawiłem i zobaczyłem nowe miejsca. Pytanie czy wrócę tu za rok jest zbędne, bo odpowiedz jest oczywista i nie może być inna niż twierdząca. Kto jeszcze nie był, niech żałuje i jak najszybciej przekona się że warto, bo jeżeli przyjedziesz tu raz, to z pewnością prędzej czy później tu wrócisz.



Relacja Adama z klubu Magnet. Dziękuję że chciałeś się podzielić swoimi wrażeniami ze wszystkimi czytającymi bloga.
Paweł

poniedziałek, 23 lipca 2018

IV runda MPPZ by Płocczanie

   Cześć!

   Dopiero co ROTOR się skończył a tu już kolejne zmagania sportowe. Jak każdy weekend w tym roku i ten miał być bardzo napięty czasowo. Wiedziałem, że takie warunki nie sprzyjają jeżdżeniu. Liczyłem za to na ekstra organizację i ośrodek.

1. Czwartek
   
   Tradycyjnie, już po pracy, w pośpiechu zapakowałem busa i wyjechaliśmy. Jadąc autem nic się ciekawego nie wydarzyło poza ulewami, bardzo liczyliśmy, że nie będziemy musieli jeździć w deszczu.



2. Piątek

   Zapowiadał się ciężko... Ale tak zapowiada się każda perspektywa kicania Szkaradą po lesie i bezdrożach. Miska olejowa jest tak nisko... No ale wio!
   Standardowo dostaliśmy pakiet zawodnika: numerek, blaszkę, smycz z identyfikatorem, czarny kubek, itinerer.
   Tego dnia ruszyliśmy pod koniec stawki razem z chłopakami z Gniezna, którzy dojechali "dżankersami" tego dnia.
   Jazda była bardzo orzeźwiająca. Tylko kilka minut w czasie całej trasy padało, poza tym świeciło lekkie słoneczko przysłaniane chmurami. Podjęliśmy dobrą decyzję, by nie ubierać się w stroje wodoodporne, gdyż szybko pęd suszył człowieka.



   Trasa przewidywała 136 km oraz kilka punktów sprawdzających wiedzę, technikę jazdy i sprawność zawodników.
   Wszystkie slalomy wspominam jako trudne, ale nie były one nie do pokonania. Ciekawą rzeczą było oznaczenie na instrukcjach przejazdu innymi kolorami słupków mijanych lewą i prawą stroną. Przydatna koncepcja. Na trasie wszystkie słupki były oczywiście jednego koloru.



   W porze obiadowej trafiliśmy na rynek w Gąbinie, gdzie wielkim zaskoczeniem okazał się  lokalny włodarz w roli konfernsjera. Poza poczęstunkiem, odbyła się tam próba sprawnościowa, która wzbudziła we mnie mieszane uczucia z uwagi na poziom niebezpieczeństwa.  Niby nic trudnego wyjąć mokrego mopa z wiadra i przerzucić go przez oponę wiszącą na około 180 cm nad ziemią, ale nie w trakcie jazdy... Łatwo było stracić kontrolę nad motocyklem podnosząc mopa do góry na taką wysokość, jednocześnie celując w pochylnię, która była tuż dalej. Na szczęście zawodnikom, których przejazd widziałem, nic się nie stało.



   Po tych przygodach pojechaliśmy na stację benzynową, gdzie główny sponsor fundował paliwo za 30 PLN. Wyjeżdżając ze stacji dowiedzieliśmy się, że odcinek do następnego punktu na itinererze jest nieprzejezdny z nieznanych mi powodów. Pojechaliśmy więc do miejscowości, gdzie miał się on znajdować. Oczywiście Jacek powiedział nam gdzie to jest i przy drobnej pomocy mapy trafiliśmy bez problemu. W tym też miejscu, jak się później okazało, zaprzepaściłem szansę na wysokie miejsce w klasyfikacji. Lokalizacją próby był skansen osadnictwa olenderskiego, który jest jeszcze w trakcie budowy. Zadaniem było ważenie ziemniaków starą wagą (bardzo dużo emocji wzbudzała ta zabawa). Później się okazało, że w kościele opodal był jeszcze test z miar i wag, ponadto wpisywano czas wyjazdu. O przeoczeniu dowiedziałem się przy następnym punkcie kontroli czasu i już nie chciało nam się wracać do skansenu. Zaowocowało to 20 punktami karnymi i stratą dobrego miejsca... Błąd...




   W kolejnym punkcie był pomiar ciśnienia w kołach (trzeba było oszacować jakie masz, następnie to weryfikowali) oraz czasowa próba podjazdu na wzniesienie. Czas na pewno miałem okrutny, gdyż ledwie pokonywałem dziury na tym odcinku piłując na "jedynce".


   Mimo własnej głupoty to był fajny dzień rajdowania, zakończył się ciekawymi dyskusjami, o których opowiem w dalszej części wpisu.

3. Sobota


   Dzień w którym musiałem opuścić rajd przed 13, zatem bardzo się ze wszystkim spieszyłem. Z tego względu mój obraz może być niepełny i nieobiektywny, za co serdecznie przepraszam.
   Po śniadaniu oczom wszystkich pokazało się niebo, które nie wróżyło niczego poza deszczem i to w dużych ilościach. Ale co to dla wytrawnych motocyklistów, jakimi są weteraniarze? Nic! Dlatego chyba wszyscy przystąpili do konkurencji.



   Na trasie zatrzymywaliśmy się na testy i slalomy. Trasa prowadziła finalnie na Płocki rynek, gdzie zastał nas deszcz. Prawdopodobnie był on też sprawcą niskiej frekwencji wśród publiczności.
   Na rynku jeździliśmy slalom z cylindrem na głowie i białym szalikiem na szyi. Cylinder był zdecydowanie najlepszym elementem tej konkurencji z racji mojej słabości do kapeluszy.  




   Objechałem jako pierwszy i szybko ulotniłem się do bazy. Po drodze, jakieś 400m od celu, miałem awarie układu zapłonowego. Z uwagi na brak czasu na naprawę, szybko załadowałem motocykl na busa i uciekłem.

4. Podsumowanie

   Miałem bardzo duże oczekiwania odnośnie tego rajdu i generalnie zostały one zaspokojone! Poza zbyt małym parkingiem w bazie rajdu. Wydostanie busa z końca parkingu zajęło mi prawie dwie godziny przestawiania motocykli i innych samochodów.
   Wracając do dyskusji, które były prowadzone wieczorem. Jak wszyscy wiedzą środowisko ludzi pojawiających się na rajdach jest dosyć konserwatywne jeśli chodzi o skład osobowy. Zatem cieszymy się, kiedy widzimy kogoś nowego i zaczyna jeździć miarę regularnie. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że rajdy są organizowane przez znajomych dla znajomych. W takim środowisku rodzą się ciekawe przemyślenia. Spośród wszystkich, które można było usłyszeć, utkwiło mi w głowie stwierdzenie, że rajdy już nudzą. Od pewnego czasu również mam takie wrażenie. Jeżdżę coraz częściej dla znajomych a zdobywanie punktów jest pomału smutną "koniecznością". Rajdowanie ma taki a nie inny charakter i trudno zmienić kompletnie koncepcję, aby stało się czymś zupełnie innym. Moim rozwiązaniem byłoby więcej jazdy a mniej punktów przystankowych. 140 km w 8 godzin z powodu przystanków potrafi zmęczyć psychicznie człowieka. Ale to tylko moja wizja... Mam nadzieję, że pobudzi to dyskusję o kształcie tego, czym się zajmujemy.
   Wracając do rzeczy przyjemnych: rajd był świetny i chętnie wrócę za rok!


sobota, 23 czerwca 2018

ROTOR czyli jak było na największej imprezie w sezonie!

   Cześć!

   Czerwiec... miesiąc, który wszyscy kojarzą z początkiem wakacji. No prawie wszyscy. Jest grupa zapaleńców dla której czerwiec jest równoznaczny z największym i najstarszym rajdem weteranów w Polsce. Wszystko co jest popularne z reguły budzi we mnie nutę niechęci. W tym wypadku jednak jest inaczej. W mojej głowie była tylko ciekawość jak pójdzie organizacja rajdu ekipie z Olsztyna!

1. Dojazd

   Znów było daleko. Jechaliśmy pod Mrągowo, więc wybraliśmy transport busem. Oczywiście nic ciekawego się nie wydarzyło w czasie tej podróży. Za to była ona świetną zapowiedzią pięknych mazurskich tras.



   Miło mi, że moja Pannonia nie jest jedyną która pojawia się na rajdach. Wreszcie ten motocykl zyskuje trochę popularności.

2. Piątek 

   W piątkowy poranek motocykli zarejestrowanych na rajd było około 200. Oczywiście nie wszyscy wyjechali na trasę, ale i tak jest to ogrom. Trasa pierwszego dnia przewidywała 160km jazdy z 11 punktami związanymi z próbami sprawnościowymi, pomiarem czasu, testami etc. Jak się domyślacie, taka trasa i tyle przystanków, na których po prostu musi być kolejka powoduje, że przejazd będzie trwać wiele godzin. Dlatego wyjechaliśmy, jako jedni z pierwszych, już około 9:20.


   Myślę, że rozpisywanie się na temat każdej próby czy testu uczyniłoby tekst niesamowicie nudnym. Istotne jest to, że wszystko było najzwyczajniej w świecie trudne. W dodatku próby za bardzo nam nie szły...



Wolna jazda


Jeden z kilku obchodów trasy



Strzelanie ziemniakami!

   Słaba forma nie burzyła jednak przyjemności z jazdy, którą dawały mazurskie drogi. Do tego przy każdym przystanku humor poprawiały miejsca, gdzie się zatrzymywaliśmy. Było świetnie!
   Pozytywny efekt trwał całą dobę, za sprawą pięknie położonego nad jeziorem ośrodka, w którym znajdowała się baza rajdu.


3. Sobota

   Dzień rajdowego odpoczynku. Jechaliśmy najprostszą trasą do Mikołajek na rynek, gdzie odbyła się próba sprawnościowa oraz konkurs elegancji. O motocyklach bogato opowiadał Adam, przez co zgromadziła się dość duża publiczność składająca się głównie z turystów. 




   Później pojechaliśmy na tor w Mikołajkach, gdzie wcześniej zapisani chętni mogli ścigać się dwójkami po szutrowej nawierzchni. 
   Widząc nawierzchnię wiedziałem, że coś złego się wydarzy. Na szczęście upadek był tylko jeden i to bez poważniejszych obrażeń. 
   W klasie motocykli do 350 cm pojemności Gazela była 5, co uważam za sukces.





   Nie była to jednak ostatnia atrakcja tego dnia. Po powrocie do bazy można było przystąpić do próby terenowej (nie była ona liczona do klasyfikacji). Budziła ogrom emocji bez względu czy się do niej przystępowało, czy było obserwatorem.




   Tutaj relacja niestety się kończy. Nie czekaliśmy na bal komandorski i wyniki tylko zapakowaliśmy motocykle i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. 


4. Podsumowanie
   
   Największy? Na pewno. Najstarszy? Na pewno. Najlepszy? Myślę, że nie mogę go tak określić, z racji wielkości. Nie wynika to z błędów organizacji, ponieważ była na wysokim poziomie. Nie pasuje mi natomiast przypadkowość ludzi, którzy pojawiają się w takim tłumie. Jeżdżenie motocyklem po terenie ośrodka, pod wpływem alkoholu, dla obserwatorów nie należy do przyjemności, zwłaszcza, że pod kołami kręcą się dzieci. 
   Po każdym rajdzie zastanawiam się jak to będzie za rok? Czy pojawię się ponownie, jeśli czas pozwoli? Z ROTORem myślę o tym już kilka dni. Jeśli będę mógł, to przyjadę. Dlaczego? Bo trasy są piękne, organizatorzy świetni oraz dla błądzących po placu oczach osób, które są pierwszy raz.

   Do zobaczenia w Soczewce!