sobota, 6 października 2018

Runda finałowa w Lutomiersku!

   Motocykl Moje Hobby... Znany wam periodyk? Jeśli nie to musicie nadrobić zaległości w motocyklowej literaturze. Poza periodykiem jest to też organizator ostatniej rundy MPPZ w klasie motocykli. 
   Nie inaczej było w tym roku. Roku wyjątkowym gdyż miało się pojawić bardzo dużo załóg w porównaniu do lat ubiegłych bo aż 60. Była to maksymalna ilość załóg które mogły wystartować mimo, że chętnych było więcej. Związane było to z ilością słynnych książeczek będących jednocześnie kartami drogowymi.

1. Piątek

   Po wcześniejszych wpisach ktoś nie znający MPPZ mógłby pomyśleć, że wyjechaliśmy przed świtem aby zdążyć na odprawę pierwszego dnia rajdu. Otóż nie. W Lutomiersku jeździ się w sobotę. Co nie zmienia faktu, że z powodu pracy po raz kolejny trzeba było jechać busem. Mam nadzieję, że przyszły rok coś zmieni i będzie można jeździć motocyklami na rajdy.
   Po dotarciu do celu i zakwaterowaniu w 12 osobowym domku do którego było ponad 12 chętnych zaczęliśmy się integrować i wspominać miniony sezon.

2. Sobota

   Powitała nas chłodem i pięknym słońcem. Było to zdecydowanie lepsze powitanie niż przewidywany deszcz i chłód. 
   Rozpoczęliśmy odprawą na której padło bardzo wiele informacji na temat trasy rajdu i itinerera. Ze smutkiem przyznam, że się w nich pogubiłem tak jak chyba znaczna część uczestników. Następnie WYLOSOWALIŚMY numery startowe oraz książeczki będące kartą drogową. Jest to odstępstwo od innych rajdów gdzie otrzymuje się numer startowy w chwili rejestracji. Nie udało się, nie jechałem z tatą jeden po drugim ani nawet w bliskiej odległości czasowej. Czekanie natomiast nie miało sensu, gdyż pierwszy odcinek był jazdą na regularność. W czasie tego etapu poza kontrolą czasu (średnia prędkość miała wynosić 30km/h) trzeba było także uzupełniać pytania w książce drogowej.




   Dotyczyły one historii okolic, które zwiedzaliśmy jadąc. Całość tego etapu byłaby perfekcyjna gdyby nie odcinek przebiegający przez Pabianice. Ruch drogowy w mieści potrafi bardzo skutecznie "zatrzymać" pojazd a czas jak wiemy ucieka nieubłaganie i zmniejsza średnią prędkość przejazdu.
   Koniec jazdy na regularność czyli pierwszej części rajdu odbył się na Pabianickim rynku. Tam też wzięliśmy udział w dwóch szybkich konkurencjach. Pierwszą z nich było podjęcie ze stołu dwóch monet i wrzucenie ich do skarbonki stojącej na innym stoliku w osobnych przejazdach. Drugą było wyjęcie kijków z wiadra z piaskiem oraz włożenie ich w słupki drogowe. Z moją techniką jazdy niewykonalne, więc zgarnąłem 3 punkty karne.



   Drugi odcinek umknął właściwie nie wiem kiedy. Pędziliśmy od punktu do punktu odpowiadając na pytania i po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się na kolejnej próbie sprawnościowej. Był to slalom który trzeba było przejechać dwukrotnie. Za pierwszym razem była oceniana technika jazdy, za drugim natomiast czas przejazdu



   Od tego momentu jechaliśmy już trochę większą grupą. Zwiedzaliśmy Łódź. Na tym odcinku złapał nas na chwilę deszcz i silny wiatr. Na szczęście w moim wypadku wypadło to akurat na postoju obiadowym przed ogromną wyremontowaną fabryką z czasów świetności Łodzi i przemysłu włókniarskiego.


   Po jedzeniu dalej przemierzaliśmy Łódź aż trafiliśmy na strzelnicę. Bardzo fajna konkurencja. Zadziwiało mnie to, że była ona zlokalizowana w mieście tuż obok dużego parku i dworca kolejowego.


   Po strzelaniu i ciepłej herbacie ruszyliśmy do bazy. 
   Przy każdym postoju między odcinkami nasza grupa powiększała się. W ostatni wyruszyliśmy już w kilka motocykli. Pędząc na złamanie karku na wylocie z Łodzi Simson nie wytrzymał i się przytarł. Po niecałej minucie postoju puścił i kontynuowałem podróż do celu, ale z mniejszą niż wcześniej prędkością. 
   Dzień zakończył się konkursem elegancji i balem komandorskim. Inaczej niż w czasie innych rund MPPZ tutaj wyniki nie są ogłaszane na balu, lecz następnego dnia.




3. Niedziela

   Po upichconym na gazie śniadaniu zgromadziliśmy się na ogłoszeniu wyników. 
   Kilka miłych chwil i nastąpiło ostatnie w tym sezonie pożegnanie.





4. Podsumowanie

   Często jestem nieobiektywny. Gdybym nie "odtajał" kilka dni z emocji to pewnie byłbym jeszcze mnie niż teraz.
   Rajd jak co roku spartański ze względu na zakwaterowanie i wyżywienie. Za to organizacja iście rzymska. Rajd ten jest przykładem wykonywania dobrego planu przez małą ilość osób. Całe szczęście nic się niespodziewanego nie wydarzyło. Albo nic mi o tym nie wiadomo. 
   Jak co roku dużą wagę przywiązano do regulaminowego przebiegu całości rajdu co po raz kolejny powinno być przykładem dla innych organizatorów. Surowi sędziowie poprawiają znacznie jakość rywalizacji sportowej. Niestety kosztem przyjacielskiej atmosfery.
   Czy warto jechać na rajd Ziemi Obiecanej? Jeśli nie są Ci straszne trudne warunki pogodowe i prostota zakwaterowania, za to cenisz sobie sportową rywalizację na najwyższym poziomie to musisz się tam pojawić!



środa, 19 września 2018

VI runda MPPZ czyli szybko, szybko, szybko


   Rajd na który czekałem prawie dwa lata jednocześnie słysząc o nim wiele złego. No ale przecież góry... widoki, zakręty, zjazdy i podjazdy, swąd palonych hamulców i umierających sprzęgieł. Przecież to musi się udać.
   Zobaczmy!

1. Czwartek

   W tym roku schemat podróży niestety jest cały czas taki sam. Ciągły pęd i bus wypchany motocyklami. 
  Pomijając błądzenie po województwie Opolskim z powodu zablokowanej "11", udało nam się we względnej zgodzie dotrzeć późnym wieczorem do bazy rajdu.
  Na miejscu zobaczyliśmy właściwie same znajome twarze. Zapowiadające kameralny rajd w doborowym towarzystwie.






2. Piątek

   W tym miejscu zaczyna się wiele rzeczy, które są dość zaskakujące jeśli chodzi o rajdowy "standard".
   Pierwszą z nich jest godzina wyjazdu na trasę. 12! Niby fajnie bo człowiek się wyśpi, zje śniadanie, wypije spokojnie kawę. Szkoda tylko, że wszystko to zdąży się zrobić do 10 a później nie ma co robić.
   Tuż za bramą, a raczej za stawkiem czekała nas pierwsza konkurencja sprawnościowa. Wolna jazda z pochylnią. Ciekawe urozmaicenie tej prostej z punktu widzenia kibica konkurencji.



   Dalej tego dnia ważna była już chyba tylko trasa. Zjazdy, podjazdy, słońce i piękne widoki. Miałem wrażenie, że konkurencje tylko mi przeszkadzają w tym nowym dla mnie jako motocyklisty środowisku.
   Trasa wiodła pół na pół przez Polskę i Czechy.
   Jednym Czeskim przystankiem był Jabłonków. Jest to najbardziej na wschód wysunięte miasto naszych południowych sąsiadów. Na rynku Czesi zapewnili poczęstunek oraz konkurencję polegającą na obieraniu jabłek na czas.




   Dalej jeszcze kawałek przez Czechy i wróciliśmy do Polski. Jechaliśmy dość stałą grupą, którą prowadził Marcin z Gośką.
   Dzięki nim pierwszy raz od dawna mogłem sobie pozwolić na zupełnie bezrefleksyjną jazdę bez patrzenia w itinerer. Tempo mieliśmy tak dobre, że nawet podjazdy na których redukowałem do "jedyny" jakoś specjalnie nas nie spowalniały. Chociaż zdarzył się jeden podjazd gdzie z naprzeciwka wyłonił się bus i bałem się, że jeśli się zatrzymam to dalej będę musiał prowadzić motocykl obok siebie.
   Przez takie właśnie sytuacje dopędzając różne grupki czuć było swąd sprzęgieł i hamulców.
   Następnym przystankiem był rynek/promenada w Wiśle gdzie wśród tłumu ludzi odbyła się próba sprawnościowa.



   Jadąc beztrosko nagle zobaczyłem znajomy parking za stawkiem przy bazie rajdu. Czekała nas kolejna próba sprawnościowa, która zakończyła pierwszy dzień rajdu.
   W sumie tego dnia pokonaliśmy 100 urokliwych kilometrów. Zdecydowanie zbyt szybkich kilometrów... Szybkich myślę tutaj o subiektywnym i obiektywnym upływie czasu jaki minął pokonując je.




    Ciekawostką i rzeczą wartą zapamiętania jest jedyna awaria która wydarzyła się tego dnia. Rozkręcił się tłumik w Simsonie. Spowodowało to zapłon spalin na jego powierzchni i zmianę koloru na fioletowy. Dokładnie taki sam jak na kolanku gdy mamy zbyt opóźniony zapłon.
   W czasie wieczornej integracji bohaterami też  były tłumiki i zapłony. Tym razem jednak sprawdzane było, który z motocykli strzela w tłumik. Nie muszę chyba tłumaczyć, że pochwały zbierały te które strzelały!


3. Sobota

   Rozpoczęta zmianą dętki w SHLce.


   Dzień dla sponsorów i włodarzy. Nie mógł się zacząć inaczej niż startem z Cieszyńskiego rynku. Niestety na odprawie po raz kolejny wypłynęły informacje, że jakiegoś punktu nie ma, lub został przesunięty albo będzie jeśli znajdą kogoś kto go obsłuży.





   Ale nie narzekaliśmy, wykonaliśmy próbę sprawnościową i za strzelającym Marcinem ruszyliśmy w 50 kilometrową przejażdżkę.
   Trasa jak dnia wcześniejszego była niezwykle malownicza. Góry nigdy mnie nie zawodzą.
   Nie zdziwicie się pewnie, że w czasie jazdy musieliśmy się zatrzymywać gdzie wyznaczył nam organizator. Jednym z takich miejsc był folwark w Kończycach Wielkich gdzie właściciele nie dostali potwierdzenia, że się tam pojawimy i nie przygotowali się na naszą wizytę. Na szczęście udało się zjeść pyszną jajecznicę bez pieczywa, które jeszcze nie dotarło na nadchodzące wesele. W folwarku były też testy z historii motoryzacji oraz przepisów ruchu drogowego.

 

   Dalej trafiliśmy na ranczo Jacentego gdzie trzeba było rozpoznać jaki silnik posiadają wskazane motocykle. Widać było ogrom ciekawych maszyn który zgromadził w swoim obejściu. Patrząc na nie można stwierdzić, że jest to złomowisko ale wprawne oko widzi potencjał drzemiący w maszynach tam zgromadzonych.


   Dzień drugi kończyliśmy na rynku w Cieszynie gdzie odbywał się konkurs elegancji i kolejna próba sprawnościowa. Próba ta sprawiała wrażenie wymyślonej na poczekaniu gdyż plan przejazdu był narysowany długopisem i występował tylko w jednym egzemplarzu.



   Po konkursie elegancji w czasie którego zaczął padać deszcz pojechaliśmy szybko do bazy i w ostatniej chwili przed oberwaniem chmury włożyliśmy motocykle na busa. Torby pakowaliśmy już w pełnym deszczu.
   W górach widok płynącej w dół wody i zbierającej się w najniższych miejscach jest niesamowity. Nigdy nie widziałem tylu pojazdów stojących w wodzie powyżej progów.
   Rajd zakończyliśmy tak jak zaczęliśmy czyli w busie wypełnionym oparami benzyny.

4. Podsumowanie

   Wszystko było szybko. Wyjazd z domu. Tempo nadawane przez Marcina. Konkurencje. I chyba organizacja rajdu też była "na szybko".
   Jeżdżąc na rajdy zawsze obserwuję bardzo dokładnie to jak one wyglądają dla uczestnika oraz trochę jak wyglądają od zaplecza. Wiele razy pisałem, że potrzeba ludzi do tego aby zorganizować dobry rajd. Często niedostatki personelu można kompensować bardzo precyzyjną organizacją. Ale wiemy dobrze, że czynnik ludzki lub jakieś zdarzenie losowe mogą tę kruchą homeostazę zniszczyć.
   Cieszyn  był sprawnie przebiegającym rajdem z racji ograniczenia konkurencji i zadań. Brak personelu i brak perfekcyjnej organizacji wychodził jednak na każdym kroku.
   Ten rajd pokazał też, że Komandor nie może być osobą od wszystkiego. Moim zdaniem każdy wycinek działalności rajdowej (baza, konkurencje, posiłki, lokacje w których się pojawiamy) powinien mieć swojego koordynatora który znał by swoją działkę perfekcyjnie i sprawnie rozwiązywał związane z nią problemy.
   Czy wrócę na Cieszyński rajd? Pewnie tak. Lubię góry i ludzi z którymi się tam spotkałem. Organizacja musi się jednak trochę poprawić. Chociaż słyszałem, że była dużo lepsza niż rok temu.

wtorek, 4 września 2018

Motozłaz 2018


Relacja z Motozłazu

PROSZE NIE REGULOWAĆ MONITORA, TO NAPRAWDĘ RELACJA Z MOTOZŁAZU

Z dużym opóźnieniem spowodowanym nawarstwieniem różnych rzeczy zabrałem się za zredagowanie relacji z Motozłazu Lubartowskiego. Tym razem jednak nie jest ona autorstwem Pawła, który z pewnych względów nie pojawił się na rajdzie, więc jako dobry znajomy z klubu z Mińska Mazowieckiego zostałem poproszony o jej napisanie ;)
Motozłazu stałym zawodnikom startującym w Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowych na Motocyklach nie trzeba przedstawiać. Niesamowity klimat i atmosfera towarzysząca temu rajdowi jest niepowtarzalna i nie ma takiej drugiej imprezy w kalendarzu mistrzostw. Znany wszystkim staw przy samym ośrodku jest centrum rozrywki wszystkich rajdowiczów, a także miejscem relaksu i ochłody po ciężkich dniach zmagań podczas rajdu.

Na spotkanie zresztą ekipy wyruszyłem z Zielonki ok 9 w czwartek, oczywiście na kołach w strone Minska Mazowieciego, skąd z parkingu ruszaliśmy razem w stronę Firleja bocznymi drogami przez m.in. Stoczek Łukowski i Kock. Emzete w tym roku wyposażyłem w dedykowane do niej kufry polskiej produkcji kupione bardzo przypadkowo. Nie żałuje zakupu, bo świetnie się sprawdzają i są bardzo pojemne. Tak pojemne, że dostałem misję dostarczenia zregenerowanej prądnicy do Sokoła 600 którą bez problemu dopchnąłem do swoich bambetli


Na miejsce dojechaliśmy około godziny 14. Na miejscu oprócz nas spotkaliśmy trochę „Mohikanów”, wielu znajomych miało jeszcze dojechać. Po rozpakowaniu się i rozstawieniu namiotów i reszty „boxu mechaniczno-serwisowego” poszliśmy się zarejestrować do biura rajdu, które nie było jeszcze czynne kiedy przyjechaliśmy. Dla podkreślenia stulecia naszej niepodległości każdy z uczestników dostał biało czerwoną flagę którą miał przyczepić do motocykla. Uważam to za fajny element uczczenia tej ważnej rocznicy.
Po wszystkim ruszyliśmy nad wyżej wspomniane jezioro, lub jak twierdzą inni staw. Reszta dnia minęła upojnie i miło rozmawiając z nowo przybyłymi uczestnikami rajdu oraz oddając się relaksacji nad wodą.


Dzień I

Po pobudce ok 8:30 odbyła się krótka odprawa przed rajdowa, a której pokrótce wyjaśniono nam trasę i jej przebieg. Dostaliśmy materiały rajdowe i numery. Zawodnicy, jak to już się utrwaliło na Motozłazie byli wypuszczani według rocznika Motocykli. Rozwiązanie to ma swoje plusy i minusy, ale przede wszystkim zapobiega jeżdżenia zwartą grupą klubową, jeżeli roczniki motocykli są różne, więc teoretycznie wszyscy mają równe szanse i muszą polegać głównie na swoich umiejętnościach. Itinerer, podobnie jak na Rajdzie Magnet nie posiadał tzw. „kilometrówki”. Uważam ze dla tak leciwych maszyn, gdzie nie każda ma licznik bo były zwyczajnie go pozbawione, albo jeżeli już był to jego dokładność pozostawiała wiele do życzenia, szczególnie jeżeli chodzi o metry, takie rozwiązanie jest lepsze i likwiduje wiele pomyłek bo wtedy itinenerer jest dokładniejszy i skupiamy się na konkretnej sytuacji z kratki, a nie ile przejechaliśmy metrów
Pierwszy zawodnik wystartował punkt 9, kolejni w minutowych odstępach. Każdy uczestników miał określoną godzinę wyjazdu, której musiał pilnować, bo jeżeli wyjeżdżał później niż miał podane, to i tak miał wpisywaną godzinę ustaloną, a finalnie miał mniej czasu na ukończenie etapu.
Przewidziany dystans na pierwszy dzień rajdu liczył 120 km malowniczymi drogami Ziemi Lubelskiej. Na trasie czekały nas rożne próby sprawnościowe i oceny techniki jazdy, testy z przepisów ruchu drogowego,ale także pytania z wiedzy historycznej nie dotyczącej jednak motocykli. Należało przed rajdem przypomnieć sobie ważne wydarzenia z czasu odzyskania przez Polskę Niepodległości, czego ja nie zrobiłem i wszystkie odpowiedzi miałem błędne.
Jeżeli próby sprawnościowe i próby OTJ z rajdu Płockiego były zbyt trudne i czasem niebezpieczne, to dla równowagi na próbach które nas czekały można było odetchnąć z ulgą, gdyż były o wiele łatwiejsze i mniej skomplikowane. Może poza jedną która odbyła się na polnej drodze z wysypanymi rzadko kamykami. Gwałtowne zahamowanie przednim kołem gwarantowało glebę, o czym boleśnie przekonał się kolega „owiec”. Na szczęście jemu i maszynie nic się nie stało. Jak mówi stare powiedzenie „Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz”. Na próbach nie spotkałem dużych kolejek, co oceniam za duży plus dla organizatorów, bo sam wiem że ciężko to uzyskać. Po raz pierwszy w tym roku udało mi się nie złapać żadnej taryfy ani punktów karnych, więc z każdą próbą moje szanse na przyzwoite miejsce rosły.
Pierwszy etap zakończyliśmy w Muzeum Henryka Sienkiewicza, gdzie pracownik Muzeum barwnie nam opowiadał o wbrew pozorom bardzo ciekawym i barwnym życiu Henryka Sienkiewicza. Każdy słuchał z uwagą, bo na zakończenie czekał nas test z tego czego się dowiedzieliśmy. Na przejechanie etapów mieliśmy określony czas, którego przekroczenie skutkowało punktami karnymi. Przyjazd wcześniejszy nie był punktowany karnie.
W Kocku już pod koniec trasy czekała nas „róża wiatrów” znana wszystkim startującym rok temu. Przez niektórych kochana, przez niektórych znienawidzona. Ja natomiast uważam, że takie elementy jazdy nawigacyjnej powinny być wdrażane powoli do mistrzostw dla motocykli, gdyż uczy nowych rzeczy i polepsza umiejętności. Na szczęście była o wiele łatwiejsza niż rok temu i trudniej było ją zepsuć. Rok temu położyłem ją totalnie, w tym roku poszło mi o wiele lepiej, lecz podniecony ze już dobrze idzie za bardzo się zamyśliłem i pod koniec nie uwzględniłem jednej sytuacji, która jeszcze wcześniej uwzględniałem i przejechałem ją dobrze. Koniec końców nie zebrałem tylko jednej pieczątki, więc za „różę” dostałem tylko jeden punkt karny, a nie jak rok temu 20 :D.
Po zakończeniu „róży wiatrów” został jeszcze krótki odcinek na którym nie było już nic specjalnego do zrobienia. Przyjechaliśmy na bazę rajdu, oddaliśmy karty drogowe. Pogoda dopisała aż nadto, rano było już tak ciepło, że wystartowałem bez kurtki i w cienkich długich spodniach. Mimo tego i tak było za gorąco. Tak samo jak większość udałem się nad jezioro, co było idealnym zwieńczeniem dnia. Ok 20 wywieszono wstępne wyniki. Po pierwszym dniu byłem 4.

Dzień II

Po wymagającym poprzednim dniu i wieczorze gdzie co po niektórzy mieli już co świętować pobudka i odprawa była nieco później. Trasa na ten dzień wynosiła ok 50km, więc była mniej wymagająca i bardziej relaksująca, przeznaczona bardziej na cieszenie się drogą. Tak jak rok temu jechaliśmy w stronę Ostrowa Lubelskiego. Wcześniej jednak czekała nas próba sprawnościowa przez Pałacem Sanguszków. Po skończonej probie kontynuowaliśmy podróż do Ostrowa, gdzie czekała nas próba OTJ i mały poczęstunek. Po zakończonej próbie otrzymaliśmy krótki itinerer który miał nas zaprowadzić na testy z historii motoryzacji. Bałem się go trochę, bo to zazwyczaj jest loteria, ale po zobaczeniu pytań pomyślałem o Pawle, bo dzięki niemu i Velocette odpowiedziałem na oba pytania dotyczące tego pojazdu poprawnie. Finalnie miałem tylko jeden błąd, co uznaje za dobry wynik.
Po rozwiązaniu testu wróciliśmy do Ostrowa, gdzie czekała na nas następna próba i konkurs elegancji. Próbę wykonałem znów bezbłędnie, a na konkursie zdobyłem uznanie Jury przebrany za robotnika z NRD. Po wszystkim ruszyliśmy w stronę Pałacu Sanguszków gdzie czekała nas ostatnia konkurencja OTJ polegająca na pobraniu piłeczki, przejechaniu slalomu i jej odłożenie. Po tym nastąpiło oddanie karty drogowej i czas na odpoczynek i posiłek.


Po zrobieniu jednego wielkiego zdjęcia pamiątkowego wszyscy wsiedliśmy na nasze stalowe rumaki i wróciliśmy na bazę rajdu. Tak jak poprzedniego dnia, wszyscy oddali się relaksowi i odświeżeniu w ciepłej wodzie Firleja i chłodnym napojom oczekując na wyniki rajdu.
Wstępne nieoficjalne wyniki były dla mnie bardzo dobre, zająłem 3 miejsce. Niestety moja radość nie potrwała długo, gdyż jednemu z zawodników wpisano złe punkty za karte oceny pojazdu, który zauważył to akurat ostatniego dnia. Niestety ten mały protest sprawił że spadłem o jedną lokatę, ale dalej bardzo się cieszyłem z wyniku.
Oprócz zdobytego 4 miejsca w klasie post 70 zdobyłem 2 miejsce w konkursie elegancji, co uważam za duży sukces. Po rozdaniu nagród odbył się bal komandorski, gdzie wszyscy jak zwykle bardzo dobrze się bawili, bo następnego wszyscy w smutku musieli się spakować i wrócić do rzeczywistości.


Powrót nie mógł się odbyć bez niespodzianek, akurat trafiliśmy na chwilowe załamanie pogody i zmokliśmy trochę, ale za chwile niebo się rozchmurzyło i szybko się wysuszyliśmy. Za Stoczkiem Łukowskim każdy z nas się pożegnał i koniec końców udał się w swoją stronę

Podsumowanie
Rajd był zorganizowany jak zwykle na najwyższym poziomie, na trasie i w itinererze nie było żadnych niespodzianek i przede wszystkim, co uważam za najważniejsze, bardzo dobrze się bawiłem i zobaczyłem nowe miejsca. Pytanie czy wrócę tu za rok jest zbędne, bo odpowiedz jest oczywista i nie może być inna niż twierdząca. Kto jeszcze nie był, niech żałuje i jak najszybciej przekona się że warto, bo jeżeli przyjedziesz tu raz, to z pewnością prędzej czy później tu wrócisz.



Relacja Adama z klubu Magnet. Dziękuję że chciałeś się podzielić swoimi wrażeniami ze wszystkimi czytającymi bloga.
Paweł

poniedziałek, 23 lipca 2018

IV runda MPPZ by Płocczanie

   Cześć!

   Dopiero co ROTOR się skończył a tu już kolejne zmagania sportowe. Jak każdy weekend w tym roku i ten miał być bardzo napięty czasowo. Wiedziałem, że takie warunki nie sprzyjają jeżdżeniu. Liczyłem za to na ekstra organizację i ośrodek.

1. Czwartek
   
   Tradycyjnie, już po pracy, w pośpiechu zapakowałem busa i wyjechaliśmy. Jadąc autem nic się ciekawego nie wydarzyło poza ulewami, bardzo liczyliśmy, że nie będziemy musieli jeździć w deszczu.



2. Piątek

   Zapowiadał się ciężko... Ale tak zapowiada się każda perspektywa kicania Szkaradą po lesie i bezdrożach. Miska olejowa jest tak nisko... No ale wio!
   Standardowo dostaliśmy pakiet zawodnika: numerek, blaszkę, smycz z identyfikatorem, czarny kubek, itinerer.
   Tego dnia ruszyliśmy pod koniec stawki razem z chłopakami z Gniezna, którzy dojechali "dżankersami" tego dnia.
   Jazda była bardzo orzeźwiająca. Tylko kilka minut w czasie całej trasy padało, poza tym świeciło lekkie słoneczko przysłaniane chmurami. Podjęliśmy dobrą decyzję, by nie ubierać się w stroje wodoodporne, gdyż szybko pęd suszył człowieka.



   Trasa przewidywała 136 km oraz kilka punktów sprawdzających wiedzę, technikę jazdy i sprawność zawodników.
   Wszystkie slalomy wspominam jako trudne, ale nie były one nie do pokonania. Ciekawą rzeczą było oznaczenie na instrukcjach przejazdu innymi kolorami słupków mijanych lewą i prawą stroną. Przydatna koncepcja. Na trasie wszystkie słupki były oczywiście jednego koloru.



   W porze obiadowej trafiliśmy na rynek w Gąbinie, gdzie wielkim zaskoczeniem okazał się  lokalny włodarz w roli konfernsjera. Poza poczęstunkiem, odbyła się tam próba sprawnościowa, która wzbudziła we mnie mieszane uczucia z uwagi na poziom niebezpieczeństwa.  Niby nic trudnego wyjąć mokrego mopa z wiadra i przerzucić go przez oponę wiszącą na około 180 cm nad ziemią, ale nie w trakcie jazdy... Łatwo było stracić kontrolę nad motocyklem podnosząc mopa do góry na taką wysokość, jednocześnie celując w pochylnię, która była tuż dalej. Na szczęście zawodnikom, których przejazd widziałem, nic się nie stało.



   Po tych przygodach pojechaliśmy na stację benzynową, gdzie główny sponsor fundował paliwo za 30 PLN. Wyjeżdżając ze stacji dowiedzieliśmy się, że odcinek do następnego punktu na itinererze jest nieprzejezdny z nieznanych mi powodów. Pojechaliśmy więc do miejscowości, gdzie miał się on znajdować. Oczywiście Jacek powiedział nam gdzie to jest i przy drobnej pomocy mapy trafiliśmy bez problemu. W tym też miejscu, jak się później okazało, zaprzepaściłem szansę na wysokie miejsce w klasyfikacji. Lokalizacją próby był skansen osadnictwa olenderskiego, który jest jeszcze w trakcie budowy. Zadaniem było ważenie ziemniaków starą wagą (bardzo dużo emocji wzbudzała ta zabawa). Później się okazało, że w kościele opodal był jeszcze test z miar i wag, ponadto wpisywano czas wyjazdu. O przeoczeniu dowiedziałem się przy następnym punkcie kontroli czasu i już nie chciało nam się wracać do skansenu. Zaowocowało to 20 punktami karnymi i stratą dobrego miejsca... Błąd...




   W kolejnym punkcie był pomiar ciśnienia w kołach (trzeba było oszacować jakie masz, następnie to weryfikowali) oraz czasowa próba podjazdu na wzniesienie. Czas na pewno miałem okrutny, gdyż ledwie pokonywałem dziury na tym odcinku piłując na "jedynce".


   Mimo własnej głupoty to był fajny dzień rajdowania, zakończył się ciekawymi dyskusjami, o których opowiem w dalszej części wpisu.

3. Sobota


   Dzień w którym musiałem opuścić rajd przed 13, zatem bardzo się ze wszystkim spieszyłem. Z tego względu mój obraz może być niepełny i nieobiektywny, za co serdecznie przepraszam.
   Po śniadaniu oczom wszystkich pokazało się niebo, które nie wróżyło niczego poza deszczem i to w dużych ilościach. Ale co to dla wytrawnych motocyklistów, jakimi są weteraniarze? Nic! Dlatego chyba wszyscy przystąpili do konkurencji.



   Na trasie zatrzymywaliśmy się na testy i slalomy. Trasa prowadziła finalnie na Płocki rynek, gdzie zastał nas deszcz. Prawdopodobnie był on też sprawcą niskiej frekwencji wśród publiczności.
   Na rynku jeździliśmy slalom z cylindrem na głowie i białym szalikiem na szyi. Cylinder był zdecydowanie najlepszym elementem tej konkurencji z racji mojej słabości do kapeluszy.  




   Objechałem jako pierwszy i szybko ulotniłem się do bazy. Po drodze, jakieś 400m od celu, miałem awarie układu zapłonowego. Z uwagi na brak czasu na naprawę, szybko załadowałem motocykl na busa i uciekłem.

4. Podsumowanie

   Miałem bardzo duże oczekiwania odnośnie tego rajdu i generalnie zostały one zaspokojone! Poza zbyt małym parkingiem w bazie rajdu. Wydostanie busa z końca parkingu zajęło mi prawie dwie godziny przestawiania motocykli i innych samochodów.
   Wracając do dyskusji, które były prowadzone wieczorem. Jak wszyscy wiedzą środowisko ludzi pojawiających się na rajdach jest dosyć konserwatywne jeśli chodzi o skład osobowy. Zatem cieszymy się, kiedy widzimy kogoś nowego i zaczyna jeździć miarę regularnie. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że rajdy są organizowane przez znajomych dla znajomych. W takim środowisku rodzą się ciekawe przemyślenia. Spośród wszystkich, które można było usłyszeć, utkwiło mi w głowie stwierdzenie, że rajdy już nudzą. Od pewnego czasu również mam takie wrażenie. Jeżdżę coraz częściej dla znajomych a zdobywanie punktów jest pomału smutną "koniecznością". Rajdowanie ma taki a nie inny charakter i trudno zmienić kompletnie koncepcję, aby stało się czymś zupełnie innym. Moim rozwiązaniem byłoby więcej jazdy a mniej punktów przystankowych. 140 km w 8 godzin z powodu przystanków potrafi zmęczyć psychicznie człowieka. Ale to tylko moja wizja... Mam nadzieję, że pobudzi to dyskusję o kształcie tego, czym się zajmujemy.
   Wracając do rzeczy przyjemnych: rajd był świetny i chętnie wrócę za rok!