piątek, 25 maja 2018

II runda MPPZ 2018 Mińsk Mazowiecki

   Cześć!
    Cylindry dobrze wystygły po wyjeździe do Łeby i zaczął się zbliżać wyjazd do Mińska Mazowieckiego. Nie było jakiejś atmosfery oczekiwania na ten rajd. Dlatego dni mijały, mijały, mijały a motocykle nie gotowe i nic nie ogarnięte. Otrząsnąłem się dopiero, gdy okazało się, że nie ma już miejsc noclegowych. Przejąłem się tym a był to znak, że rajd ten trzeba zaliczyć! Dalej poszło już z górki.

1. Dojazd
Szkarada na parkingu

   Prosty. Wręcz prostacki. Motocykle na busa i w drogę autostradą. Oczywiście nie mogło się nic ciekawego wydarzyć. Kilka godzin jazdy i byliśmy u celu. W jednym z moich ulubionych internatów w Polsce. Było już dobrze po zmroku, więc zastaliśmy motocykle w parku maszynowym i wiele znajomych twarzy, przechadzających się po placu z napojami wszelkiej maści i koloru.
   Szybkie meldowanie w 5-osobowym pokoju i już byliśmy gotowi zatopić się w atmosferze święta motocykli zabytkowych.
   Dwa tygodnie nie odpalana Szkarada oczywiście nie ruszyła i trzeba było ją pchać. Ale w końcu poszło i już wiedziałem, że przejadę całą trasę.
    Mile zaskoczyło mnie wiele ciepłych słów o motocyklu oraz duże zainteresowanie nim. Jakby nie patrzeć, to bardzo rzadki w naszym kraju pojazd.
 
2. Dzień rajdowy
 
   Zaczął się śniadaniem w stołówce i rejestracją startową zawodników. Do tej rejestracji nie mogły przystąpić osoby, których pojazdy nie miały aktualnego przeglądu. Bardzo spodobała mi się taka weryfikacja, mimo, że pare osób nie przystąpiło z tej przyczyny do rajdu. Startujących załóg było ponad 80. Sam miałem numer 80, przez co startowałem 80 minut po pierwszym ruszającym w trasę zawodniku.

Kolejka po itinerery

Wydawało się, że się nie skończy

Zawodnicy na starcie

   Cała ta papierologia i odprawa poszły bardzo sprawnie. Już w tym momencie było widać, jak wiele osób jest zaangażowanych w organizację.
   Dziwiącym rozwiązaniem itinerera był brak "kilometrówki". Założeniem była jazda cały czas po głównej drodze i stosowanie się do zdarzeń następujących w kratkach. W czasie przebiegu rajdu pokazało to, że prędkość przejazdu rośnie. Przynajmniej w moim wypadku.
    Z prędkością tego przejazdu jednak nie było tak różowo. Velocette jest bardzo niskie i słabo znosi leśne dukty, których na całej trasie było około 30-40% i ledwie wyrabiałem zadaną średnią prędkość. Pierwszy etap zakończyliśmy tylko z 4 minutami zapasu.
    W czasie pierwszego etapu, jak i dwóch kolejnych na trasie, trzeba było wynajdować punkty i odpowiadać na pytania z nimi związane. Były to daty powstania danego obiektu, fundatorzy czy odczytanie lokatorów budynku o wskazanym adresie. Nigdy wcześniej nie spotkałem się ze zwyczajem umieszczania nazwiska domowników pod numerem budynku. Fajna sprawa. Szkoda, że już prawie niespotykana.
    Wracając do przerwy między etapami... Był slalom. Powinien nie nastręczać trudności a jednak Szkarada bardzo utrudniała precyzyjny przejazd po luźnym gruncie, wcześniej zryty koszami. Drugim zadaniem w tej lokalizacji był test z wiedzy historycznej. Bardzo, bardzo, bardzo profesjonalnie zorganizowany. Podchodziło się pojedynczo, wybierało jedną z trzech wersji testu i odpowiadało na trzy pytania. Pan, który prowadził test, prosił uczestników, aby nie rozmawiali o pytaniach i chyba dało to pozytywny skutek, gdyż w przedłużającej się kolejce nie krążyła "giełda pytań".


Pierwsza próba sprawnościowa

Test z historii motoryzacji

Pierwszy przystanek na trasie

   Po wszystkim odebraliśmy wafelki, itinerer i rura na drugi etap.
   Trasa piękna, malownicza. W tym roku krzyży i kapliczek było jakby mniej, ale i tak kilka z nich trzeba było wyszukać aby odpowiedzieć na pytania. W czasie tego etapu coraz bardziej stresowałem się stanem Szkarady. Nisko zawieszona i sztywna cały czas o coś haczyła miską lub trzęsła się okrutnie (w efekcie kilka śrubek trzeba było dokręcić). No ale zawsze można zmniejszyć prędkość i jakoś da się radę w błocie.

   Drugi przystanek. Bardzo klimatycznie w lesie na polanie, która służy ujeżdżaniu koni. Tam też był obiad w postaci grochówki, konkurencje sprawnościowe oraz test wiedzy o ruchu drogowym. Test po raz kolejny bardzo profesjonalnie przeprowadzony. Próby sprawnościowe także szły bardzo sprawnie. Po raz kolejny było widać, że do organizacji rajdu było zaangażowane wiele osób. Zjedliśmy, objechaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę.


Polowa stołówka

Próba sprawnościowa

 Druga próba


Śruby do których w czasie jazdy trzeba było dobrać nakrętki


    Ostatni odcinek kończył się tradycyjnie przy pałacu Darnałowiczów. Czekał tam na nas konkurs elegancji oraz próba sprawnościowa.
    Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się Velocetta. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo wiem, że wśród oglądających było wiele osób, które świetnie znają się na motocyklach, jednak wcześniej na żywo jej nie widzieli. 
    W owym pałacu pod koniec dnia odbył się także bal komandorskim na którym rozdano nagrody i wyróżnienia. W klasie post 45 zająłem 2 miejsce, ojciec natomiast w klasie post 60 był 6. Po zgłoszonych protestach spadł z 4 miejsca. 


Meta


Rzut wypełnionym wodą balonikiem do tarczy z gwoździami


Rozdanie nagród


Puchar


3. Podsumowanie

   Poza zadowoleniem z zajętych wysokich miejsc i furorą jaką zrobił motocykl trzeba skupić się na rajdzie.
   Magnet podniósł poziom organizacji na troszeczkę wyższy poziom. Wszystko, co oferowali w ramach rajdu, szło sprawnie i bez niedomówień. Testy rozwiązywanie indywidualnie, sprawnościówki płynnie nawet, gdy przyjeżdżała duża grupa motocykli, itinerer bez błędów, napoje na każdym punkcie. 
   Składowych takiego sukcesu jest oczywiście wiele. Moim zdaniem sprowadza się to jednak do ilości osób, które biorą udział w organizacji. W wypadku tego rajdu albo było ich znacznie więcej niż w czasie innych rund w roku ubiegłym, albo pracowali sprawniej.
   Czy wrócę za rok? Jeśli nic nie będzie stało na przeszkodzie nie do pokonania, to na pewno!


    Dziękuję organizatorom oraz uczestnikom. Ekstra się z wami spotkać i pojeździć. Do zobaczenia na trasie!

 
 

piątek, 27 kwietnia 2018

I runda MPPZ 2018 Łeba

   Cześć!
   Od grudnia nie mogłem się doczekać pierwszej rundy na północy Polski. Wydarzenie to godziło wiele bardzo pozytywnych cech: blisko, ładna trasa dojazdowa, świetna lokalizacja, duża baza hotelowa, ciekawe tereny.
   Czy się wszystko udało? Zaraz się dowiecie!

1. Dojazd
   Udało się namówić ojca, abyśmy nie wyjeżdżali bladym świtem, tylko tym razem około 10.
Pogoda była wyśmienita. Trasa wiodła przez Kcynię > Nakło > Sępólno Krajeńskie > Chojnice > Bytów > Lębork. Na mapie niby 270 km ale przejechaliśmy niecałe 300.
 

Sklep motoryzacyjny w Kcyni przy Rynku

Garaż PRLu w Nakle

Rynek w Chojnicach 
 
   Z kilkoma przystankami spowodowanymi przemęczeniem maszyn przez okrutny wiatr udało się nam dotrzeć do bazy rajdu po 7 godzinach podróży. Na miejsce jakiś czas później dotarł też nasz wóz serwisowy i ojciec zmienił w Gazeli zębatkę aby miała trochę więcej siły na powrót.


2. Rajdowanie
   Składało się z dwóch dni. Jest to trochę utrudniająca życie sprawa, ale przecież te kilka weekendów w roku można sobie przedłużyć do 3 dni. Zaczęliśmy typową odprawą, w czasie której poznaliśmy najważniejsze osoby na rajdzie. Moim zdaniem najważniejszym z najważniejszych jest Marcin, sprawca całego tego pozytywnego zamieszania. Jeśli się mylę, to proszę wyprowadźcie mnie z błędu.


   Otrzymaliśmy itinerery i ruszyliśmy na trasę rajdu która miała około 120 km.



   Na pierwszym etapie się troszkę pogubiliśmy i nie wiedzieć czemu nie jechaliśmy przez las... Na szczęście odnaleźliśmy punkt nad morzem gdzie trzeba było, w jak najkrótszym czasie, "dmuchnąć" łódeczkę na drugą stronę skrzynki.



   Kolejny etap posiadał fajną konkurencję, z której nie mam niestety zdjęcia, bo w sumie wiele do fotografowania nie było. Polegała ona na zjeździe z górki o przewyższeniu około 100m na dystansie około 1500m. Zjechać nie problem. Natomiast dla tych, którzy nie hamowali jadąc w dół, tylko cieszyli się łagodnymi łukami, które można pokonywać z dużą prędkością, przestało być do śmiechu. Ponieważ, w dokładnie takim samym czasie, trzeba było wtargać nasze "padliny" na szczyt.
   Wjazd poprzedzony był jednak przerwą obiadową i moim nowym ulubionym slalomem.



   Kolejny etap znów wiódł malowniczymi drogami łączącymi w sobie rozległe przestrzenie smagające nas wiatrem oraz zakręcone wjazdy na okoliczne wzniesienia.
   W tym czasie zatrzymaliśmy się na próbie polegającej na pchaniu przed sobą fragmentu Osy między słupkami. Pierwszy raz od dawna widziałem jak ojciec biegnie!


   Zbliżając się do Łeby spotkaliśmy chłopaków ze Stowarzyszenia Wisła, jeżdżących wojskowymi terenówkami, którzy sprawdzali czy rozpoznamy ciecze znajdujące się w butelkach po oleju.



   To nadal nie koniec atrakcji tego dnia. O 18 pojechaliśmy jeszcze na konkurs elegancji, połączony z próbą sprawnościową, w porcie w Łebie. Okoliczności natury i towarzystwo były na najwyższym poziomie. Zapach morza cudownie współgrał z zapachem dwusuwów i grillowanego mięcha.





   To był dobry dzień, który zakończyliśmy integracją na plaży.
   Dzień drugi przyniósł nam "nadmorską pogodę". W czasie naszego wyjazdu charakteryzowała się ona słońcem, wiatrem i o połowę niższą temperaturą niż w reszcie kraju.
   Kolejny itinerer i rura na trasę.


   Głównie leśna droga zaprowadziła nas do SeaParku w Sarbsku. Powitały nas tam wesoło pluskające się kotiki. Zwiedzając musieliśmy policzyć makiety latarni znajdujących się na terenie parku oraz odgadnąć gatunki trzech smażonych ryb.


   Droga kolejnego etapu powiodła nas do Lęborka. Zadanie proste do zrealizowania. Nawet bardzo proste. Ale za to jakie atrakcje nas po drodze czekały!
   Wyścig na 1/4mili, na starym lotnisku, w malowniczej scenerii, usianej wiatrakami był moim ulubionym elementem. Na pewno źle zmieniałem biegi, ale patrząc później na pomiary czasu, to motocykle z podobnego okresu historii motoryzacji miały podobne czasy.


   Dalej na trasie wypatrywać trzeba było liter z których ułożyło się słowo "Bałtyk". Ta prosta zabawa spowodowała, że droga minęła zaskakująco szybko.
   W Lęborku spotykaliśmy się na Placu Pokoju, na którym czekały foodtrucki oraz kolejne zadania. 



   Pierwszym z nich i chyba jedynym z zadań którego nie sfotografowałem była "choinka". Było to rozwinięcie spotkanej rok wcześniej w Lubartowie "Róży Wiatrów". W "choince" też trzeba było odpowiednio zachowywać się w czasie poszczególnych zdarzeń drogowych. Nie będę ukrywać, że nie dałem rady. Podstawowym moim błędem było to, że zdarzenia drogowe uznałem tylko ulice a nie wszelkie formy skrzyżowań dróg. Wiem, że jeśli cokolwiek negatywnie skomentuję na temat tej konkurencji, to stwierdzicie, że jestem nieobiektywny, bo mi nie powiodło. Ale uczestnicy na pewno zauważyli, że ogromnym utrudnieniem był strasznie nasilony ruch drogowy (jak w godzinach szczytu w dużym mieście). Ale wracając do konkurencji: trzeba było zebrać 8 pieczątek i w 40 minut wrócić na start. Stawiali je chłopacy z Klasyczni Lębork, stojąc na poboczu, ze swoimi pięknymi maszynami. Zebrałem 5, ale za to o czasie wróciłem na start.
   Kolejnymi zadaniami były testy z ruchu drogowego oraz historii motoryzacji. Prowadzone one były w "lodówie" przez Agatę oraz policjanta, który budował dobry wizerunek swojej firmy i dlatego warto o nim tutaj wspomnieć.


      Po kawie i drobnym zwiedzaniu przystąpiliśmy do ostatniej konkurencji rajdu. Była to dobrze znana "wolna jazda", ale z jajkiem na łyżeczce trzymanej w ustach. Startowało się parami. W naszym przypadku wygrała rodzinna rywalizacja. Co tu dużo mówić.... Ojciec znów mi przylał. Świetnie jechał zygzakiem a ja się podparłem nogą i dostałem taryfę. Źle postąpiłem, bo lepiej było jakkolwiek, ale dojechać bez podpierania.



   Po wszystkim ruszyliśmy do Łeby. Droga, jak pierwszego dnia, dawała motocyklom o sobie znać, gdyż znów jechaliśmy pod okrutny wiatr. 
   Na miejscu czekała na nas już tylko integracja i bal komandorski. Na balu rozdane zostały nagrody. Ojciec był piąty w kategorii post 60 i stracił szanse na podium, przez niezatrzymanie się na którymś ze stopów na trasie rajdu. Też byłem piąty, ale
w kategorii post 45. Niestety u mnie warunkiem lepszej pozycji była lepiej przejechana "choinka" i brak podparcia. Jak zwykle szczegóły decydowały o miejscach. Dostaliśmy za to specjalną nagrodę "Bajadera rajdu", za którą serdecznie dziękujemy!






3. Powrót
   Musiał nastąpić. Przed wyjazdem czułem ulgę, że pojedziemy z wiatrem tym razem. Przed południem wsiedliśmy na motocykle wraz z Markiem, Irkiem, Leszkiem i Oskarem i ruszyliśmy w stronę domu. Droga górkami i zakrętami szła świetnie i bardzo szybko dotarliśmy na obiad do Chojnic. Ustawiliśmy się na rynku, gdzie nasze maszyny wzbudziły spore zainteresowanie.


   Następnie wpadliśmy, do rodziców Marka do Zabartowa, na pyszne ciasto.



   Aż dziwnie się pisze o takiej drodze powrotnej, ale zupełnie nic się nie wydarzyło ciekawego. Maszyny szły równo a kilometry ubywały.

4. Podsumowanie
   Post długi i długo tworzony, abyście mogli zapoznać się z rajdem, który pierwszy raz był rundą MPPZ. Starałem się być obiektywny w opisie i dopiero teraz pozwolę sobie na większą ilość przemyśleń.
   W Marcina wierzyłem od początku i wiedziałem, że rajd będzie ekstra. W tym zadaniu pomogła mu rodzina, którą serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy.
   Konkurencje były bardzo dopracowane i przebiegały bez zarzutu. Itinerer miał błędy związane tylko z pomiarami odległości.Nie chodzi tutaj o błędy rzędu 100 metrów, ale czasami nawet kilometra. Myślałem, że mi się tylko wydaje z tymi odległościami, lecz kilka osób zwróciło na to uwagę. Na szczęście nie wpływało to bardzo na przejazd trasy.
   Baza hotelowa... reprezentowała to, co reprezentuje chyba 95% infrastruktury turystycznej nad polskim morzem. Wysoka cena połączona z niską jakością usług. To był chyba najsłabszy punkt wyjazdu.

   Było warto przyjechać dla rajdu i dla ludzi, których po zimie mogłem znów zobaczyć.

   W imieniu własnym i wszystkich uczestników, pozwolę sobie podziękować organizatorom za świetny rajd! Postaram się do was wrócić za rok!

   Jeśli macie jakieś uwagi do tekstu lub po prostu chcecie się podzielić swoimi wrażeniami, to nie krępujcie się napisać do mnie wiadomość albo dodać komentarz.


niedziela, 25 lutego 2018

O przyjemności jazdy samochodem słów kilka

Dzień dobry!
   Zbliża się MotorShow w Poznaniu przez co coraz więcej osób zaczyna dyskutować o motoryzacji. Internet też zaczyna "huczeć" od nowości i premier które się tam pojawią.
   A czego może szukać fan trochę starszej motoryzacji na tych targach? Cóż... nie wiem co by było jakąś uniwersalną odpowiedzią na to pytanie ale wiem czego ja będę tam szukał. Przyjemności z jazdy w samochodach dla przeciętnego użytkownika.
   Przeciętny spalacz benzyny lub ropy na targach i w salonie zachwyca się nowym Ferrari lub super szybkim McLarenem P1 dyskutując jakie to są ekstra samochody i czego nie wnoszą do motoryzacji. Ma trochę racji w tym wszystkim ale czy będzie kiedykolwiek taki posiadał? Statystycznie rzecz ujmując nie. Zresztą jak większość z nas. Nie kupimy sobie super samochodu albo nawet parasuper samochodu jak Mustang czy inne Camaro. Bo czego w nich szukamy?
Estetyki - na pewno tak. Unikatowości - raczej nie. Przyjemności z jazdy - oczywiście. Lansu - zdecydowanie.
   Można tak pisać i brnąć w nieskończoność o tym czego chcemy i co zobaczymy. Chciałbym jednak spróbować rozwikłać problem spełnienia tych wszystkich marzeń i pragnień.
   Blog jest o maszynach z przeszłości trochę dalszej niż początek produkcji Alfy Romeo Brera. One też mogą przynieść nam ukojenie w te ciężkie chwile gdy będziemy patrzeć na kolejny model Lamborghini.
   Sam jeżdżę prawie 20 letnim, prawie 200 konnym i zdecydowanie Włoskim samochodem. Jest ładny, szybki, świetnie wyposażony, moim zdaniem ma szanse stać się kultowym. Czyli spełnia wiele z oczekiwań o których pisałem wcześniej. Problem zaczyna się przy przyjemności z jazdy. Niby jest. Wgniata Cię w fotel gdy przyśpieszasz na światłach w mieście, na autostradzie spokojnie można jechać ponad 200 km/h ale co z tego? Co za przyjemność jest z kilku gwałtownych przyśpieszeń w czasie drogi do pracy? Albo z oglądania wskazówki prędkościomierza i czekania aż "zamknie" ona licznik na autostradzie? Dla mnie marna. Trochę przyjemniej robi się w zakrętach które i tak trzeba pokonywać z prędkością ponad 100 km/h gdyż cały czas pomagają Ci jakieś elektroniczne systemy bezpieczeństwa i w sumie nie masz kontroli nad autem a tym bardziej tego dreszczyku na plecach związanego z niepewnością czy stracisz trakcję czy nie. Wszystkie te zachowania w ruchu drogowym oczywiście są karalne więc rozsądnie stara się je człowiek ograniczać.
   Tak mniej więcej odczuwam jak dla mnie nowy samochód bo niespełna 20 letni. Kilka lat temu trochę interesowałem się współczesną motoryzacją i byłem częstym gościem jazd testowych w salonach samochodowym różnych marek. Przekrój samochodów był dość duży: od dostawczych do roadsterów. I co? I co? No właśnie nic. Cisza, komfort, "plastikowe" przyśpieszenia za niedorzeczne jak na nasze warunki kwoty pieniędzy. Owszem, te samochody są potrzebne w życiu codziennym. Ale przecież Lotus nie jest nigdy pierwszym samochodem w domu.
   Wracając do meritum. Tego symbolicznego Lotusa można zastąpić przecież klasykiem. Walter Rohrl w którymś z wywiadów mówiąc o swojej pracy dla Porsche i samochodach które posiada otwarcie przyznał, że klasyki sprawiają przy niższych prędkościach tyle samo radości co współczesne auta w warunkach torowych w wysokich zakresach prędkości. Podążajmy więc za mądrością tego utytułowanego kierowcy.
   Zachwycajmy się dalej nowym modelem AMG a kupmy sobie pojazd z okresu gdy królowała "Czerwona Świnia" i napawajmy się tą radością którą daje obcowanie z samochodem. Każdy zakręt może stać się przygodą, każdy wyjazd na szutrówkę będzie radością z walki o trakcje w czasie próby złapania jej odpowiednim otwarciem przepustnicy a nie ustawieniem komputera pokładowego w tryb "droga szutrowa".
   Sobie i wam życzę aby któregoś dnia jadąc gminną drogą wejść w zakręt w pełnym skupieniu, ciasno, nie tracą trakcji, myśląc tylko o tym zakręcie i tym czy za nim nie ma kolejnego w przeciwną stronę na oczach przechodniów którzy nie pokręcą z dezaprobatą głową, że stwarzasz ogromną prędkością zagrożenie na drodze lecz uśmiechną się na widok Twojego klasyka i tego ile właśnie radości Ci przynosi.


wtorek, 30 stycznia 2018

Moje rozpoczęcie sezonu czyli XIII wjazd na Równicę

   Są takie miejsca w kraju do których wlecze się motocykl albo nim jedzie właściwie bez żadnego celu. Ot tak dla wycieczki. Dotychczas tak myślałem o organizowanych od wielu lat przez Muzeum Motocykli Zabytkowych "Rdzawe Diamenty" w Ustroniu wjazdach w styczniu na Równicę.
   Bardzo się myliłem myśląc że jest to tylko wycieczka (które bardzo zresztą lubię). Może nie jest to misja jak można zobaczyć a plakacie ale jest to chęć spotkania motocyklistów dla których zimno i góry nie są straszne.
   Wiem, że w głowach waszych rodzi się myśl, że nie było w tym roku śniegu i jakie góry z są z Równicy. Dla pojazdu kilku konnego i będącego dwa razy starszym ode mnie wyzwanie to już jest.
   Technicznie cała impreza jest bardzo prosta. Spotykaliśmy się przed Muzeum o godzinie 12 skąd ruszyliśmy na górę. Tam tradycyjnie ognisko, kiełbaski, dyplomy i naklejki. Nic wielkiego i żadna misja z powodu dobrych warunków atmosferycznych. Po wymianie towarzyskich uprzejmości wróciliśmy do Muzeum. Cały czas jeździłem w zielonej kurtce przez co nikt nie uznawał mnie za motocyklistę...
   Obejrzeć tam można kilka unikatowych eksponatów oraz wiele bardzo ciekawych. Są one w posiadaniu Remika, który w ciekawy sposób dzieli się pasją do zabytkowych motocykli i potrafi o nich i przygodach z nimi mówić godzinami. Takie też dyskusje się tam odbywały i plan był przenieść je na niedzielę ale niestety czas nie pozwolił się pojawić ponownie w Muzeum. Myślę jednak, że będzie jeszcze nie jedna okazja do spotkania.
   Czy warto jechać 450 km dla 15km jazdy motocyklem? Padło już to pytanie w weekend i zdecydowanie odpowiadam, że tak. Większość zapewne twierdzi inaczej - oceniam to po rejestracjach motocykli spośród których najodleglejszą był Marek z Bydgoszczy.
   Za rok też postaram się być!


p.s. posiadacze współczesnych albo mocnych maszyn proszę miejcie na uwadze, że mając kilka koni nie da się bez problemu przyśpieszać pod górę, przez co często jesteście zawalidrogami jadąc strasznie nonszalancko

Wejście do Muzeum

Zbiory

Motocykliści przed wjazdem

Pamiątkowe zdjęcie na szczycie



czwartek, 11 stycznia 2018

Awaryjność naszych pojazdów. "Padliny" czy jednak pojazdy?

Nowy rok, nowy ja a motocykle coraz starsze.
    Po kilku latach jazdy zabytkiem pozwolę sobie stwierdzić, że w kwestii przejeżdżanych kilometrów jestem trochę powyżej średniej co chyba uprawnia mnie do napisaniu kilku słów o awaryjności używanych przeze mnie motocykli.
Na początku wyruszając gdziekolwiek bałem się, że nie dojadę do celu lub nie wrócę. Mimo tego, że nic się nie działo obawy te za każdym powracały.Czy słusznie? Jak to w życiu bywa odpowiedź nie jest jednoznaczna.
    Na szczęście teksty, które tutaj umieszczam mogą być całkowicie subiektywne i ten taki będzie. 

    Osoby które nie znają moich pojazdów muszą wiedzieć, że powstały one w latach 60 w krajach demoludów. Nie jest to aż tak prymitywny okres aby zastanawiać się czy na drogach był asfalt lecz w dobie deficytów materiałowych i wszechogarniającej biedy i tak było ciężko każdej maszynie użytkowanej i produkowanej w tamtym okresie. Mimo to wiele osób wspomina WSKi czy inne SHLki jako pojazdy wręcz niezniszczalne.
    Podtrzymam to stwierdzenie ale w odniesieniu do dzisiejszego użytkowania tych i wszelkich innych pojazdów z tamtego okresu. Dziś jeździ się nimi po prostu łatwiej i sprawniej wprowadzając kilka modyfikacji. Myślę tu o oponach, zapłonach, olejach, żarówkach, instalacjach elektrycznych, linkach i innych materiałach które się zużywają w motocyklu lub obecnie są wykonywane lepszej jakości. 
   Odezwą się puryści którzy nie dopuszczają takich zmian i trzeba ich za to szanować gdyż pojazdy zbliżone jak najbardziej do oryginału też powinny trwać. Osoby które posiadają takie motocykle najczęściej nimi nie jeżdżą lub robią to okazyjnie. 
   
   Nie za bardzo chcę poruszać zagadnienia bardziej czy mniej udanych konstrukcji które powstały. Każda marka popełnia błędy i w kwestii pojazdów które nie są użytkowane na codzień a do takich zaliczają się zabytki nie ma co poruszać typowych dolegliwości danego modelu. 
    Te typowe dolegliwości nie oszukując się najczęściej występują gdy użytkuje się pojazd nieodpowiednio lub nadmiernie. "Jak dbasz tak masz" jest bardzo celnym stwierdzeniem w kwestii trwałości pojazdów które posiadamy. Zarówno w kontekście estetyki o którą nie za bardzo dbam jak i sprawności mechanicznej. 

    Użytkowanie... Czy ktoś z was wiózł w koszu worek cementu? przyczepiliście do siedzenia skrzynkę z jabłkami czy inne cegły? Raczej nie bo nie ma takiej potrzeby i zwyczajnie żal wyremontowanego lub świetnie zachowanego pojazdu. Nie jestem w tej kwestii jednak tak ortodoksyjny jak niektóre osoby spotykane na zlotach, rozpoczęciach i zakończeniach sezonu czy innych miejscach gdzie pojazdy się tylko pokazuje. Pisząc to w głowie pojawia mi się stwierdzenie jakiegoś motocyklisty z Gniezna który na zakończeniu sezonu stwierdził, że barbarzyństwem jest przyjechać wyremontowanym Junakiem 40 km w normalnym ruchu ulicznym. Nie jest to barbarzyństwo bo do tego ta maszyna została stworzona - aby jeździć. Barbarzyństwem moim daniem natomiast jest użytkować ją codziennie jako swój główny środek lokomocji. Za duże ryzyko dla takiego pojazdu uczestniczyć w ruchu drogowym i żal go w taki sposób eksploatować. 

    Pisanie tego tekstu trwa już kilka dni i ciągle go zmieniam. Myślałem na początku, że zbliżę się chociaż troszeczkę do odpowiedzi. Nie jest to chyba możliwe w tego typu blogowym wpisie. Dziesiątki razy moje myśli odbiegają gdzieś na bok tworząc kolejne zdania do dopisania przedłużając tylko wypowiedź. Książkę można by napisać dywagując nad tym jakże luźno sformułowanym problemem.
    Pokuszę się jednak o jakieś rozwiązanie tego problemu.
    Odpowiedź sformułuję przez pryzmat współczesnej motoryzacji: jednak padliny. Ale pamiętajmy, że w okresie gdy wchodziły one do produkcji były marzeniem wielu ludzi. 
 
    Jeśli macie jakieś swoje przemyślenia w tym temacie to śmiało piszcie w komentarzach czy wiadomości.