czwartek, 14 grudnia 2017

Narady środowiskowe kończące sezon 2017



09.12.2017 w sobotę odbyło się w podwarszawskim Sękocinie spotkanie podsumowujące miniony sezon. Znaleźli się tam zarówno motocykliści jak i samochodziarze. 
W trakcie narad poza omawianiem drobnych zmian regulaminowych został ustalony terminarz na przyszły rok oraz zmiana klas pojazdów.
Terminarz powinien się wyklarować w niedługim czasie. Na pewno pojawi się nowa runda w Łebie. A co dalej to jeszcze jest trochę sprawa otwarta.
Klasy w wyścigach natomiast będą takie jak w samochodach, czyli: pre 45, post 45, post 60 i post 70.
Dzięki temu pojazdy rywalizujące ze sobą będą na bardziej zbliżonym poziomie technologicznym.
Po sesji motocyklowej odbyła się sesja całego działu pojazdów zabytkowych PZM.
Podsumowano tam głównie sezon samochodowy, zmiany (a raczej ich brak) w przepisach dotyczących pojazdów zabytkowych oraz plany na rok przyszły.
Później odbył się bal  na którym rozdano puchary zwycięzcom poszczególnych konkurencji.
Nagrodzeni mieli też prawo wybrać najlepszą rundę MPPZ. W motocyklach zwyciężył rajd odbywający się w Płocku.
Niestety całość radości przysłania tragiczna informacja o śmierci naszego rajdowego kolegi Andrzeja Oleszki-Czajki którego wszyscy widzieli jak zabierała karetka w niedzielę po wszystkich uroczystościach.
Dziś tj 14.12.2017 w Krasnymstawie odbył się jego pogrzeb.







czwartek, 9 listopada 2017

Retro Motor Show 2017 czyli obraz klasycznej motoryzacji w Polsce

 Retro Motor Show 2017!

Druga edycja Wielkopolskich targów motoryzacji zabytkowej. W internecie znajdziecie bardzo wiele wideo- i fotorelacji z tej imprezy sporządzonych przez osoby robiące filmy i zdjęcia znacznie lepiej ode mnie. 
Na targach byłem 3 dnia licząc na to, że tłum ludzi troszkę osłabnie i będzie można podotykać eksponatów czy porozmawiać spokojnie z ich właścicielami. Bardzo ku memu szczęściu się myliłem. Ogrom ludzi przebywał w każdej z hal targowych. Słuchając rozmów i komentarzy na temat pojazdów które były oglądane mniemam, że większość tych ludzi była niezwiązana z zabytkową motoryzacją i przyszła ją tylko oglądać. Cieszy mnie to zjawisko gdyż obrazuje przychylność społeczeństwa do tych maszyn i zwiększa ludzką świadomość o ich istnieniu co może przełoży się na "odnalezienia" kolejnych pojazdów i uratowaniu ich przed zniszczeniem.
Patrząc na całość ekspozycji można było odnieść wrażenie, że jest ona dla osób niezwiązanych na co dzień z "klasykami". Firmy zajmujące się sprzedażą i remontami tendencyjnie pokazywały to co "przeciętny Kowalski" może chcieć kupić jako swój pierwszy pojazd. Były to pojazdy PRL, któee mogą budzić ciepłe wspomnienia lub mieć jakąś rodzinną historię która miała by być wskrzeszona oraz ogrom Niemieckich youngtimerów. Youngtimery te pokazały nudność Polskiego rynku i konsumentów którzy mam wrażenie nie chcą znać innych marek albo nie uznają wyjątkowości danych modeli wybierając coś co w Polsce "chce mieć każdy". Kolejnym wnioskiem oglądając ekspozycje jest ubogość Polskiego społeczeństwa które miota się między posiadaniem czegoś co jest drogie i trzymane z racji swojej unikatowości a chęcią posiadania pojazdy mogącego być kultowym i jednocześnie nadającym się do codziennej eksploatacji.
Wystawcy którzy pokazali swoje kolekcje (automobilkluby, kluby i pojedynczy kolekcjonerzy) pokazali pojazdy na których w większości się nie znam więc nie będę się wypowiadał. Z zakresu motocykli zaskoczył mnie tylko Opel/Neander.
Brakowało mi w pojazdach kolekcjonerów tej nazwijmy to "nuty bezużyteczności" pojazdów. Każdy okres w motoryzacji ma pojazdy które dziś są kolekcjonowane i mają w sobie coś bezużytecznego lub wręcz głupio rozwiązanego. Przytoczyć tu można brak bocznych szyb w kilku samochodach nieprzewidzianych do jazdy w klimacie z deszczem czy gaz w lewej manetce motocykla.
Pisuję zazwyczaj o motocyklach więc wypada o nich teraz wspomnieć. Było ich mało. Najwięcej pokazali chłopacy z ClassiC Gniezno i Karburatora w Poznaniu i bardzo im za to dziękuję mimo, że ich maszyny już znam:)

Była to przyjemna podróż w przeszłość. Cieszę się, że przyszło tak wiele osób które mogły zobaczyć jak przyjemnie jest gdy pojazd projektuje osoba pełna pomysłów a nie księgowy...
Może w przyszłym roku przytargam własne motocykle.
Zapraszam o dyskusji o targach i uświadamianiu mnie w temacie samochodów.




















niedziela, 22 października 2017

Podsumowanie MPPZ 2017



Wspominałem już na początku sezonu, że wystąpienie w całej serii rund zaliczanych do Mistrzostw Polski Pojazdów Zabytkowych w klasie motocykli urodziło się w mojej głowie nagle i pierwszy raz mimo odwiedzania pojedynczych rund w latach wcześniejszych.
Od kilku dni zastanawiałem się co napisać w podsumowaniu sezonu, którego w ogóle nie miałem zamiaru pisać gdyby nie delikatna namowa czy raczej oczekiwania różnych osób, które spotykałem w ostatnim czasie. Z przemyśleń wyniknęło, że nie chcę znów pisać o poszczególnych rajdach porównując ich do innych gdyż nie o to chodzi. Owszem chciałbym napisać o rzeczach, które gdzieś są fajne lub gorsze. Jest to niezbędne aby nasza „zabawa” mogła się rozwijać. Głównym jednak tematem tego drobnego reportażu zostaną ludzie. O dziwo nie motocykle, które mamy na co dzień. Teoretycznie można w dzisiejszych czasach utrzymywać kontakt ze wszystkimi na całym świecie w dowolnej chwili, lecz czy zastąpi to uściśnięcie dłoni dawno nie widzianego znajomego? Dla mnie nie.
Sezon rajdowy dla nas (ojciec i ja) zaczął się rajdem organizowanym przez ClassiC Gniezno, ale niestety nie jest to runda MPPZ a bardzo bym chciał aby nią była. Brakuje rajdu w zachodniej Polsce a wszyscy wiemy, że chętni do jazdy by byli.

Tydzień później pojawiliśmy się na I rundzie w Mińsku Mazowieckim. Dosłownie chwilę wcześniej zorganizowałem wszystkie dokumenty aby legalnie przystąpić do MPPZ dzięki pomocy Jacka z Automobilklubu Bydgoskiego. Mimo całorocznej dyskusji nad tym jakie są Automobilkluby w Polsce i które są „lepsze czy gorsze” to pamiętajmy, że chęć i dobra atmosfera znacznie pomaga nawet jeśli nie ma środków finansowych, odpowiedniej wiedzy a często też tradycji związanej z daną dziedziną motosportu. Wracając do rajdu to pozwolił on nam na piękne rozpoczęcie sezonu. Jego techniczny wygląd i przebieg możecie przeczytać w poście z maja a tutaj opowiem wam o ciekawej historii z nim związanej. Zaczęła się ona bardzo niewinnie w czasie wybierania pokoju w internacie gdzie mieliśmy nocować. Nocowaliśmy z Maciejem i jego synem Mateuszem (na pewno ich kojarzycie… Maciej jeździ MZ z koszem a Mateusz Komarkiem w stroju harcerza), nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że rok wcześniej trochę się posprzeczaliśmy po rajdzie ROW i chcieliśmy rozładować napięcie jak zwykle z ojcem idąc na żywioł. Cała sytuacja mnie bawi gdyż do końca sezonu atmosfera z nimi była zawsze ekstra! Dzięki Maciejowi dowiedziałem się co może się najlepszego przytrafić osobie na rynku w Rypinie… Autobus do Brodnicy.
Kolejną miłą sytuacją było spotkanie w gronie organizatorów, kolegi, który rok wcześniej jechał z nami w Łodzi SHLką na rejestracji KBR. Tutaj w tym tekście zaczyna się drobny problem bo nie zawsze pamiętam imiona osób, które opisuje i jak ich spotykam to są moimi kolegami z którymi zawsze świetnie spędzam czas. Dlatego chciałbym prosić o wybaczenie już teraz i ew. sprostowanie w komentarzach lub wiadomościach dotyczące moich „zapomnień” lub „przekręceń”. W rajdzie jak to w rajdzie, moim zdaniem warto zwrócić uwagę na to, że bazą jest miasto co ułatwia dostęp do gastronomii czy pozwala na przemieszczanie się rajdu wśród  ludzi którzy widzą kawałek historii motoryzacji. W rajdzie tym zaznałem też smak busiarstwa które wyniknęło z braku czasu na przejazd motocyklem….

ROTOR… jak wiecie skończył się złamaniem obojczyka  z „mojej winy” bo jechałem za szybko koszem przez piach… tak, tak… jeżdżąc  z osobami bardziej rozsądnymi niż ja tak to wychodzi. Może to brzmieć jak nabijanie się z kogoś ale to dzięki Irkowi po tym jak ojciec wrócił busem z Wiktorem (dziękuję jeszcze raz, że miałeś dla nas czas i chęci) wracałem z Olsztyna zupełnie spokojny o to czy dojedziemy. Pisząc o powrocie skoro już o nim zacząłem muszę przyznać się, że nie wiedziałem jak tymi małymi wsiami dojechać do Rypina i jechałem nawigując na położenie słońca. Chociaż później fajnie było słyszeć chyba od Leszka czy Oskara pochwałę za to jak ładnie prowadziłem do celu zwiedzając okolicę na pograniczu Warmii i Kujaw. Ekipa chłopaków z Pobiedzisk jest w ogóle świetna do jazdy. Mimo, że często muszę słuchać o motocyklach to całość tworzy świetny mix, który mam nadzieję pozytywnie wpływa na wychowanie młodego motocyklisty 11 letniego Maćka podróżującego w koszu Junaka. Wracając do początku rajdu to ROTOR każdy musi zobaczyć chociaż raz w życiu. Jest to ciekawy melanż ludzkiego „spędu” i elitarnej grupy ludzi bawiących się w motocykle zabytkowe. Spęd jest tak duży, że aby mieszkać w ośrodku gdzie jest baza rajdu trzeba się zapisać znacznie wcześniej. Tegoroczny rajd był 41. i bardzo chciałem poznać kogoś kto był od początku wiedząc, że jest to prawie niemożliwe aby ktoś taki się znalazł. Był jednak Roman z Chełmna! Nie był na wszystkich ROTORach ale jego pierwszym był rajd numer 2. Roman jest jeźdźcem od wielu lat i warto z nim usiąść do rozmowy, posłuchać o tym jak wyglądał ten sport wiele lat temu i jak się zmieniał.
                Czy znów przyjadę na ROTOR? Na pewno. Chciałbym przejechać całą trasę jaką przygotują gdyż bardzo lubię podróżować motocyklem po tamtych okolicach. Do tego atmosfera w takim tłumie motocyklistów  jest unikatowa. Można też zrobić jak Paweł z podkarpacia, który przyjechał lawetą i przejechał się Rusem nad morze z rodziną. Warmia i Mazury to zdecydowanie dobry punkt wycieczkowy. Na sam koniec aby podkreślić istotność tej osoby chciałbym wspomnieć Kaśkę, która woziła ojca po Olsztynie między szpitalem a sklepami ortopedycznymi – dziękujemy i zapraszamy z mężem i dzieciakami do Wągrowca!

III runda. Płock. Bogate miasto/gmina i taki też jest rajd. Piękny ośrodek, super oprawa organizacyjna, tylko t-shirty rajdowe słabe. Taki plastik przyklejony na koszulkę nie jest fajny w noszeniu. Organizatorzy z rzeczy która mogłaby się przyjąć przygotowali odcinek trasy o dwóch stopniach trudności. Jechałem tym lżejszym ale wielu było fanów tego cięższego. Kto bywał w tym roku na MPPZ na pewno może wskazać jedną osobę która musiała jechać cięższą trasą. Tak, dokładnie, Mateusz na Iron Headzie. Człowiek którego bardzo nie słychać za to dobrze słychać jego motocykl kicający wdzięcznie po górkach czy padoku wzbijając fontanny błota i piachu. W czasie wcześniejszych rajdów było mi żal trochę jego motocykla ale przecież one do tego służą. Motocykl nie jest dobrem pierwszej potrzeby i pewnie też nie znajduje się w pierwszej 20, więc dlaczego mając go, nie bawić się nim? Dzięki jego jeździe patrzę inaczej na Pandemonię.
Na pewno zastanawiacie się skąd Pandemonia. Zuby w zeszłym roku użył tego określenia po raz pierwszy i bardzo mi się spodobało. Jest to zresztą kolejna pozytywna postać  MPPZ.
Jadąc samemu gdyż ojciec pomagał organizatorom przykolegowałem się do ekipy z Olsztyna w której jeździ m.in. Szwagier, jest on jedną z bardzo niewielu osób którym jadąc ufam na tyle, że nie patrzę na itiner czy w ogóle na zakręty i mapę.
Tomek, Jacek i inni organizatorzy spisali się świetnie i na pewno odwiedzę wasz rajd za rok.

Motozłaz był chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie rajdem, sam nie wiem dlaczego. Pewnie dlatego, że lubię wycieczki a do Lubartowa jest bardzo daleko z Wągrowca. Lubelszczyzna w moich rejonach jest owiana pewną tajemniczością związaną z niewiedzą o tym regionie. W zeszłym roku był tam Marek z Kasią i chwalili bardzo ten rajd. Często w tym roku brakowało mi wspólnego rajdowania z Markiem i bardzo mnie cieszyło, że tam się spotkamy. Po Płockim rajdzie wymagania akomodacyjne i żywieniowe zostały bardzo rozbudzone a niestety Firlejowa rzeczywistość szybko je zweryfikowała. O ile akomodacja była dobra to żywienie było złe. Nie jestem jakimś fanem jedzenia czy kimś kto ma duże wymagania ale ku przestrodze dla organizatorów chciałbym powiedzieć, że jedzenie smażone musi być usmażone, gotowane ugotowane a chleb chociażby z dnia wczorajszego. Wiem, że to nie wina organizatorów tylko wynajętego kateringu, który warto wcześniej sprawdzić.
Firlej i ośrodek w którym byliśmy był tuż przy jeziorze więc rajd był bardzo rodzinny co pierwszy raz rzuciło mi się w oczy. Wiele osób przywiozło swoje drugie połowy oraz dzieci które ubarwiały atmosferę i ciągały do jeziora. Będąc tam podobała mi się duma w oczach osób mieszkających w tych rejonach, że mogą nam pokazać okolicę. Towarzysko był to bardzo udany rajd. Każdy kto był na pewno pamięta Parasolki śpiewane przez Partyzantów, widział bardzo oświetlony obóz chłopaków ze Śląska, zajrzał do Grzesiowej Łady gdzie przednie siedzenie rozkłada się na płasko i powstaje przestrzeń do spania niczym w hotelowym pokoju.
 Cieszyński rajd z powodu zmiany terminu i braku możliwości wzięcia wolnego niestety mnie ominął więc musicie popytać o wrażenia osób które wzięły w nim udział.
Na ostatnią rundę czekałem z niecierpliwością. Łódź jest rajdem bardzo surowym i nie każdemu może się to podobać jednak ma to swój urok. Pierwszy raz użyłem tak przenośnej kuchenki co było ciekawym doświadczeniem w przyrządzaniu jedzenia a potem użycie jej do suszenia ubrań gdyż ciągle padało. Przez ten deszcz znów się busowaliśmy ale za to z Michem który przyjechał kołami miałem okazji wrócić motocyklem do domu. Rajd w związku ze słabą pogodą zgromadził tylko „najtwardszych” zawodników. W ogóle cały rajd jest co roku pełen ciekawych osobowości. Zacząć trzeba od Besy, Krysi, Jasia, Waldka i reszcie organizatorów którzy wzorowo prowadzą dokumentację rajdową nie dopuszczając do pomyłek czy nadużyć. Kolejnymi osobami o których warto wspomnieć pojawiały się tu i tam cały rok. Każdy widział Rudge którym jeździ Konrad a pewnie niewiele osób wie jaką rzadką pracę on wykonuje. Właściciel Pragi-Oświęcim bardzo ciekawie o niej opowiada. Nie zabrakło Tomka, który wygrał, tylko, że w innej niż zazwyczaj kategorii.
Na pewno pominąłem wiele osób o których warto wspomnieć lecz nie potrafię jeszcze tak budować tekstu by dało się go czytać i jednocześnie zawierał wszystko czego pragnę.
W przyszłym roku na pewno się spotkamy na rajdowym szlaku, czy jako zawodnik MPPZ, trudno mi powiedzieć.
Dobrze dla Mistrzostw zrobiłoby ukrócenie możliwości używania elektroniki (profesjonalne GPS) na której jeździ czołówka zawodników. Zabija ona moim zdaniem ducha jazdy weteranami, które nie wszystkie posiadają liczniki kilometrów czy prędkościomierze. Dodatkowo wpływa ona negatywnie na sens istnienia punktów karnych za rocznik które domyślam się, że miały zniwelować punkty za braki w wyposażeniu motocykla.
To był dobry sezon i mam nadzieję, że płynnie przejdzie w następny przy drobnej pomocy pogody.


p.s. Adam (MZ)… palenie szkodzi zdrowiu!














wtorek, 26 września 2017

V Rajd Ziemii Obiecanej czyli VI runda MPPZ zlana deszczem

  Dzień dobry.

Czwartkowy poranek nie zapowiadał się źle aż do powrotu do domu gdzie dowiedziałem się, że na rajd jedziemy busem z powodu rozlicznych chorób chętnych na wyjazd oraz zapowiadanego deszczu.
 Przeżyłem jakoś do piątku licząc na to że będzie padać cały dzień aby nie było mi źle z tym busiarstwem które jest ponoć gorsze od laweciarstwa.
Niestety tak nie było. Zapakowaliśmy motocykle na busa i pojechaliśmy po Leszka. Miał jechać z nami jeszcze Michu który jednak pojechał kołami.


Jak zwykle piątek spędziliśmy na integracji w naszym 12 osobowym domku gdzie spaliśmy w czwórkę.

Sobota
Łódzki rajd który odbył się po raz kolejny w Lutomiersku jest rajdem gdzie jeździ się tylko w sobotę co znacznie ułatwia logistykę. 
Jest to też rajd w którym fenomenalnie prowadzone są kwestie administracyjne i nie ma prawa zaistnieć jakaś nieścisłość związana z dokumentacją. Dlatego też zaczyna się tradycyjnym losowaniem numerów startowych.
Przez to losowanie byliśmy numerycznie trochę rozstrzeleni i z ojcem musieliśmy czekać na chłopaków z Gniezna aby móc jechać razem.


Deszcz nie nastrajał do robienia zdjęć z racji potrzeby rozebrania się trochę za każdym razem aby telefon wydobyć więc tylko w co ciekawszych miejsca są zdjęcia zrobione. Jednym z nich po pokonaniu chyba 1/3 trasy była górka której wysokość trzeba było ocenić. Z racji tego, że Pandemonium bez kosza jeździ niczym jeźdźcy apokalipsy to boczkiem sobie na nią wjechałem aby podziwiać widoki. Swoją drogą mimo niskiej wartości i awaryjności tego motocykla to z każdym kilometrem staje się coraz bliższy mojemu sercu.


23metrów górki na której szczycie stoję.


Na pierwszej i drugiej próbie sprawnościowej które były w jednym miejscu zaraz na starcie motocykl odmówił posłuszeństwa. Zalała się stacyjka i obie próby musiałem pokonać pchając motocykl aby nie dostać taryfy. Po rozkręceniu lampy i odwróceniu stacyjki troszkę się unormowało ale i tak taśmą  docisnąłem kluczyk aby bardziej rozwierał masowanie gaszące.



Kolejnym przystankiem był rynek w Pabianicach gdzie były kolejne próby sprawnościowe oraz spacer po mieście gdzie trzeba było odpowiedzieć na pytania znajdujące się w książeczce (podobnej do zeszłorocznej). Widząc Pannonię Rusziego musiałem cyknąć im wspólne zdjęcie.
Ciekawym rozwiązaniem jednej z prób było losowanie w jakim czasie trzeba ją wykonać. Ciekawe jest to jak człowiek skupia się na jeździe i jeszcze musi liczyć sekundy płynące.





Na ostatnim odcinku były jeszcze testy z wiedzy o ruchu drogowym i powrót do bazy tej samej co w zeszłym roku.
Deszcz skończył się akurat na czas oglądania parku maszynowego w którym stała Praga-Oświęcim na której zobaczeniu bardzo mi zależało.


Czas integracji wieńczył bal komandorski który przeciągnął się do nie wiem której godziny gdyż jak małe dziecko zasnąłem. W między czasie jeszcze suszyliśmy sobie trochę ubrania nad palnikami z racji braku ogrzewania w domkach.




Niedziela

Poranek tradycyjnie był czasem rozdania nagród. W Łodzi udało się uplasować na 4 miejscu a ojciec na 5. Trudno powiedzieć kto zgarnął najwięcej nagród ale na pewno najczęściej po "coś" chodził Konrad. Całość umilał nam deszcz bębniący o dach namiotu.
Mimo tego deszczu podjąłem wyzwanie powrotu do domu z Michem motocyklem i bez problemu się udało do Gniezna "od strzała", a do Wągrowca później było tylko formalnością.




Słowem podsumowania rajd Ziemi Obiecanej stał znów na najwyższym poziomie organizacyjnym mimo widocznych braków kadrowych do jego organizacji. Osoby organizujące powinny się uczyć tam obowiązkowości i nieustępliwości w prowadzeniu dokumentacji rajdowej która jest bardzo ważna dla ambitnych osób biorących udział i próbujących zdobyć jak najmniej punktów.
Smutno mi było, że pogoda i pewnie termin odstraszyły ludzi i zjawiło się tak niewielu zawodników.
Chwilami zastanawiam się czy nie powinno być przedpłat zapisując się na rajd aby pokryć organizatorom część kosztów. Pozwoliło by to utrzymać ich organizację a może zachęciło by do organizacji większą ilość ludzi - trochę myślę tu o zachodniej Polsce.

Za jakiś czas spodziewajcie się podsumowania całego sezonu pomniejszonego o rajd w Cieszynie gdzie mnie nie było!