sobota, 1 czerwca 2019

Sudety 2019 podróż pełna przygód


   Cześć!


   Z racji tego, że zdjęcia nie oddają wszystkiego, to nie mogę się powstrzymać przed napisaniem czegoś na temat wyjazdu w Sudety.

   Wyjazd zaplanowany został kilka miesięcy temu. Chociaż zaplanowany to za duże słowo. Ustaliliśmy termin i nie robiąc nic czekaliśmy na niego. Na kilka dni przed wyjazdem przyszła niechęć do oderwania się od życia codziennego, zdarza się to prawie zawsze. Na szczęście, na dzień przed, rozpoczęły się przygotowania. Opracowanie trasy, miejsc które chcemy odwiedzić, pakowanie się, organizacja urlopu... Udało się!

   Czwartek


    Umówiliśmy się na wyjazd około godziny 11 z Pobiedzisk. Przyjechałem do Wągrowca, spakowaliśmy motocykle i rura do Irka.

   Po drodze zgarnęliśmy Leszka i Oskara na Junakach i podjechaliśmy do ostatniej załogi naszego rajdu.



   Trasa wiodła drogami o randze maksymalnie powiatowej. Strategią prowadzenia naszej pięciomotocyklowej kawalkady było poruszanie się na południowy zachód. Brak słońca utrudniał nawigację. Na szczęście pogubiliśmy się tylko raz, zamiast na Gostyń pojechaliśmy na Borek Wlkp. Na tamtym odcinku Awo znów zaczął dawać o sobie znać. Co jakiś czas się zacierał doprowadzając mnie do szewskiej pasji.


   Mimo problemów technicznych, ze średnią prędkością około 55km/h i bez większych awarii udało nam się dotrzeć około 19:00 do Jedliny Zdroju, konkretnie do Oberży PRL.
   Od początku wyjazdu byłem trochę przerażony tym miejscem, z racji nazwy. Czasy komunizmu jakoś nigdy nie nastrajały mnie pozytywnie. Wchodząc zobaczyliśmy ogrom pamiątek z czasu PRL i haseł z epoki. Starsza część naszej ekipy patrzyła na to wszystko trochę z nostalgią. Na szczęście jedzenie i atmosfera były świetne! Upojeni drogą i jedzeniem oddaliśmy się dyskusji na tematy polityczno-motocyklowe.




   Piątek

   Tego dnia musieliśmy zmienić miejsce noclegu w związku z weselem, które miało się odbyć w oberży. 
   Zaczęliśmy od śniadania i poszliśmy zrobić drobny przegląd motocykli. Na początek poszukiwanie przyczyny zacierania się AWO- padł pomysł problemów z zapłonem albo niewyregulowanych zaworów. Przy okazji sprawdziliśmy olej, który jak się okazało miał pełen stan. Nie mieliśmy pomysłu co może się z nim dziać, każdy obstawiał co innego. Ponadto w jednym z Junaków Leszek poprawił zbieżność.




  Ruszyliśmy do Sokolca gdzie właścicielka Oberży zapewniła  nam zakwaterowanie. Nie jechaliśmy najkrótszą drogą, lecz trasą pięknymi widokami i ewidentnie za trudną dla Awo. Nie dało się jechać, ciągle się zacierał. Raz do tego stopnia, że przez kilka minut można było stać na starterze a silnik się nie ruszał. Postanowiliśmy więc, że gdy dojedziemy na miejsce zostawmy motocykl, aby wieczorem do niego zajrzeć.


   Miejscem naszego dalszego pobytu miał być dom, w którym mieszkali właściciele Oberży. Piękne miejsce w górach, nad strumieniem i z garażem, który nam udostępniono. 




   Po rozpakowaniu się wsiałem na Junaka z Leszkiem i ruszyliśmy w stronę Czech.
   Pogoda nam sprzyjała. Widoki były piękne, więc mogliśmy poruszać się "na słońce" w kierunku Skalnego Miasta. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad popijany Kofolą – ciekawy napój podobny do znanej nam coli. W skalnym mieście chłopacy z Classica poszli w góry, a my z ojcem zostaliśmy „pilnować” motocykli. O dziwo, czas w ogóle się nie dłużył. Na parkingu przed wyjazdem spotkaliśmy znajomego z Kórnickiego Klubu Motocyklowego Mad Dogs i po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w drogę powrotną.









   Smutno mi było, że nie mogę prowadzić własnego motocykla. Ale cóż... awaria na własne życzenie i rozsądek zwyciężył, aby zostawić go w garażu.
   Po powrocie zajęliśmy się grillowaniem i próbą naprawy Simsona. Zaczęliśmy od regulacji zaworów. Kolejnym typem było spuszczenie oleju i jego wymiana. Tutaj nastąpiło zaskoczenie- miarka pokazywała pełen stan a z miski wyleciało niecałe pół litra oleju, ciemnego jak kontynent afrykański. Tajemnica rozwiązana: zacierał się z powodu braku oleju! Tego samego, który został zmieniony w zeszłym sezonie i przejechał ledwie 2800km. Po nalaniu świeżego oleju ujrzeliśmy dym z rury wydechowej, czytaj - silnik do remontu. Dlatego kolejny dzień Awo miało zostać w garażu, aby w niedzielę jako wrócić do Pobiedzisk.
   Tego dnia przejechaliśmy około 120-140 km.





   Sobota

   Pogoda zapowiadała przelotne opady deszczu. Tego dnia znów jeździłem z Leszkiem. Za cel obraliśmy sobie Srebrną Górę, gdzie swój pensjonat ma założyciel Classic MC Poland - Sławek. Popatrując na mapę ruszyliśmy możliwie najbardziej krętymi drogami, jakie mogły zaprowadzić nas do celu. W Srebrnej Górze odwiedziliśmy twierdzę i zachwyciliśmy się pięknie wyremontowanym miasteczkiem. 
  Popijając kawę i opowiadając sobie ze Sławkiem różne motocyklowe historie, doczekaliśmy się deszczu. Niby mżawka, a jednak nie mieliśmy ochoty moknąć, więc przedłużyliśmy trochę naszą towarzyską wizytę.






   Po deszczu ruszyliśmy w kierunku krętych dróg otaczających Park Krajobrazowy Gór Sowich. Po kilku kilometrach znów złapał nas deszcz, więc po raz kolejny się zatrzymaliśmy. Na twarzach moich kompanów było widać zniecierpliwienie a nawet drobną złość spowodowaną widokiem wody sączącej się ze stalowego nieba. Gdy już się rozpogodziło, to MZ stwierdziła, że jednak zostajemy. Coś się stało, że nie dostawała paliwa. Zaczęło się rozkręcanie gaźnika.




   Okazało się, że zapchała się jedna z dysz w gaźniku – pierdoła uniemożliwiająca jazdę.
   Z racji nieba, które groziło nam deszczem skróciliśmy planowaną trasę i pokonaliśmy tylko jedną przełęcz na drodze do Sokolca. W ciągu całego dnia przejechaliśmy około 50-60km. Po tej trasie jeden z Junaków wymagał drobnych regulacji i poprawy funkcjonowania dźwigni zmiany biegów. W naprawie okazała się pomocna puszka po kolorowym napoju.




   Niedziela

   ak zwykle dzień powrotu. Dodatkowo dzień prawdy czy Awo wróci 300km, czy nie. Raz w życiu jechałem lawetą z powodu awarii i nie chciałem tego powtarzać. Byłby to ewidentnie wstyd na całą Polskę. 
   Około 11 ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie planowaliśmy zbędnych postojów, gdyż dym z rury Awo nie zapowiadał spokojnej jazdy i nie nastrajał pozytywnie. Widmo lawety, a raczej busa było przerażające. Pierwszy postój był w Strzegomiu gdzie trzeba było dolać około 700 ml oleju i dokręcić gaźnik, który się poluzował z nieznanych mi przyczyn. Tam też spotkaliśmy motocyklistę na jakimś współczesnym Gutku, który pokazał synowi jakie to maszyny były używane za czasów jego młodości. Wzbudzane przez nas zainteresowanie, to zawsze miłe doświadczenie. Lubię widzieć ten błysk w oku, spodziewać się w myślach innych fali wspomnień, które budzą nasze maszyny.
   Kolejny przystanek nie był planowany. Ale jak znów zobaczyłem monumentalny klasztor w Lubiążu, to musiałem zmusić chłopaków do postoju. Wiązało się to jednocześnie z dolaniem oleju. Kolejne 100ml. Mimo, że brał olej, to jechał tak dobrze, jak nigdy wcześniej.
   W pięknym słońcu do Rawicza jechaliśmy z prędkością około 70-90km/h. Wg wskazań licznika Irka czasami przekraczaliśmy 100km/h. Tam zjedliśmy tosta na stacji reklamującej się hasłem „Moc, jakość, zysk” i dolałem oleju do motocykla.
   Dalsza część drogi, to już tylko gonitwa ze strachem o zatarcie silnika. Przerywana jedynie dolewaniem oleju do silnika.
   Całe szczęście motocykl dojechał bez większych problemów. Na trasie około 300km zużył niewiele ponad 2 litry oleju silnikowego, co uważam za niedużą ilość biorąc pod uwagę jak bardzo wysilałem silnik w czasie jazdy. 
   

   Taka to historia naszego wyjazdu. Na pewno nie ostatniego w tym roku! Całą drogę jechaliśmy w kamizelkach odblaskowych. Dało się odczuć, że byliśmy bardziej widoczni na drodze, niż zwykle. Wiele samochodów próbujących się włączyć do ruchu z drogi podporządkowanej, widząc nas, rezygnowało z prób drobnego wymuszenia miejsca na drodze. Gorąco polecam tego typu rozwiązanie w czasie podróży klasykiem.









czwartek, 9 maja 2019

I runda MPPZ 2019


Cześć!
   Wiem, że dawno się tu nie udzielałem, więc czas to zmienić!
   Pierwsza runda MPPZ była idealną okazją, aby się gdzieś przejechać motocyklem z kolegami.
Jeśli nie wiecie, to celem tej podróży była Łeba.
   Początkowo jechać mieliśmy w cztery osoby, lecz z czasem przybyły do grupy dwa motocykle i Maciek do kosza.

Piątek

   Urlop zorganizowany, zatem w piątek o 12 spotkaliśmy się w Janowcu Wielkopolskim i ruszyliśmy na północ. Pogoda nam sprzyjała, humory dopisywały więc nie spodziewałem się żadnych problemów.
   Trasa była bardzo prosta: Janowiec Wielkopolski > Kcynia > Nakło nad Notecią > Sępólno Krajeńskie > Chojnice > Bytów > Lębork > Łeba.
   Do Sępólna jechaliśmy prawie bez problemów. Tam niestety, jak to w mieście bywa, grupa się podzieliła. Na ostatnim rondzie chłopacy z Gniezna pojechali na Tucholę zamiast na Koszalin, przez co musieliśmy na nich czekać na stacji benzynowej.
   Kolejna osoba zgubiła się w Chojnicach, dlatego zabrakło jednego motocykla na rynku.
Dalej szło gładko. Jedyne co rozczarowywało to Simson. Na każdej dłuższej prostej zawieszał się tłok. Dopiero na bardzo krętych drogach i gdy temperatura spadła mogłem podwyższyć średnią przejazdu.
   W ten sposób po 7 godzinach podróży dotarliśmy na teren kempingu, gdzie była baza rajdu. Po przyjeździe zakwaterowaliśmy się w naszym domku, wybraliśmy do sklepu i zaczęliśmy integrację z dawno nie widzianymi znajomymi.

Sobota

   Obudziło mnie wołanie na śniadanie. Dziękuję Irkowi, że tak o nas dbał w kwestii wyżywienia. Jednak jajecznica o 6:30 nie jest moją ulubioną potrawą.
   Gdy uczestnicy się rozbudzili a organizator zaczął nerwowo chodzić po placu, udaliśmy się na odprawę. Z racji braku chęci na zdobywanie punktów w MPPZ w tym roku, nie skupiałem się na niuansach tych zawodów. Bardziej interesowała mnie trasa. Prowadzić miała Słowińskim Parkiem Narodowym. Bardzo mnie to ucieszyło. Asfalt jest nudny.
   Około 9:30 wyruszyliśmy, w sumie w 9 motocykli, na trasę rajdu. Po kilku kilometrach chłopacy z Janowca Wielkopolskiego musieli się zatrzymać z powodu awarii, więc pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła pagórkami i lasami pomorza. Była genialna. Itinerer też prowadził nienagannie. Zdarzenia i odległości za każdym razem pasowały. Całość tego dnia miała 130 km i była podzielona na sześć etapów.
   Część prowadząca przez Park była dość wymagająca. Poza kopnymi piaskami był też podjazd, który wymagał pchania motocykla lub przygrzania trochę sprzęgła. Cześć z zawodników na pewno miała żal do organizatora za tak trudne warunki jazdy. Nie ma się co dziwić, jeśli traktujesz swój pojazd jak egzemplarz muzealny. Mi to natomiast odpowiada. Jest fajne i dodatkowo udowadnia, jak bardzo stara motoryzacja była przystosowana do każdych warunków jazdy.
   Po drodze odbywały się konkurencje sprawnościowe, testy i inne tego typu zabawy. Większość z nich była w okolicy ciekawych obiektów lub punktów widokowych. Niestety z powodu nie najlepszej pogody punkt przy jeziorze Łebskim nie był tak spektakularny jak bym się tego spodziewał.
   Na końcu jednego z etapów zawitaliśmy do miejscowości Żelazo. Dotarliśmy tam jako pierwsi, dużo przed wyznaczonym czasem. Wniknęło to z racji kompletnej ignorancji czasów przejazdu i punktów karnych, które się za nieprzestrzeganie ich otrzymuje. Tam poczęstowano nas zupą oraz odbyła się próba sprawnościowa bez użycia motocykla. Polegała na pokonaniu slalomu oraz równoważni pchając przód od Osy. Wydarzył się przy tym drobny wypadek. Leszek w czasie biegu potknął się i pokaleczył nogę. Na szczęście niegroźnie.
   Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę trochę na przekór organizatorom, którzy ostrzegali nas, że kolejny punkt może jeszcze nie istnieć. Byli blisko prawdy. Gdy dojechaliśmy, to właśnie rozstawiano namiot ze słodkim poczęstunkiem. Slalom za to już stał. Polegał na dwóch przejazdach. Jeden na czas a drugi tylko do oceny techniki jazdy. Był dość wymagający z racji grząskiego i i poszarpanego bronami terenu.
   Kolejny etap miał być już ostatnim. Ruszyliśmy więc co koń wyskocz w kierunku bazy. Odcinek ten przerwany był w dwóch punktach. Pierwszym z nich było spotkanie ze strażakami. W tym miejscu niestety okazało się, że Leszka zaczyna coraz bardziej boleć noga. Podjęliśmy decyzję o ominięciu ostatniej „atrakcji” tego dnia rajdu i udaliśmy się bezpośrednio do Łeby.
   Później okazało się, że był to pomiar przyśpieszenia. Czekałem na tą zabawę od zeszłego roku a tu taki pech, że mnie ominęła.
   Zaopatrzyliśmy ranę i zaczęliśmy integrację. Ośrodek pełen domków bardzo sprzyjał przemieszczaniu się od jednych znajomych do drugich.

Niedziela

   Drugi dzień rajdu, a dla nas dzień powrotu. Powitał nas deszczem. Wiedzieliśmy, że będzie padać ale łudziliśmy się, że uda się przejechać jak największy odcinek bez deszczu. Dwie godziny spędziliśmy oglądając wyjazd zawodników na trasę i owijając się streczem na wszelkie możliwe sposoby. Oczywiście prawie nikt nie zabrał stroju przeciwdeszczowego.
   Około 11 ruszyliśmy. Już po 3 kilometrach zaczęło padać i tak aż do Bytowa gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. W czasie jedzenia bawiły mnie bardzo dwie rzeczy. Pierwszą był nasz wygląd: zmoczeni, brudni – bardzo odstawał od elegancko ubranych ludzi w tej dość drogiej restauracji. Drugą było to jak deszcz nas popędza, przez co nie robimy zbędnych postojów.
   Kolejnym przystankiem w naszej deszczowej podróży była stacja benzynowa w Chojnicach. Tam już dojechaliśmy o różnym czasie. Na poprzedzających Chojnice zakrętach część motocykli została z tyłu. Czekając, odplątałem się ze streczu i z zaskoczeniem stwierdziłem, że znaczna część mojego ciała jest sucha.
   Gdy wszyscy się zjechali, ruszyliśmy dalej. Umówiliśmy się, że spotykamy się w Nakle nad Notecią i każdy ruszył swoim tempem. Moje tempo niby było dobre. Niby, gdyż na zbyt długich prostych Awo zawieszał tłok. Jest to bardzo deprymujące, ponieważ wiesz, że motocykl może jechać szybciej, przyśpiesza a po chwili musisz wcisnąć sprzęgło i na poboczu poczekać chwile, aby znów go zapalić. Po kolei wszyscy się zjechali. Herbata i rura do Kcyni, gdzie mieliśmy się rozstać.
   Na tym krótkim odcinku w Gazeli skończyło się paliwo więc trzeba było spuścić trochę z Awo. Całe szczęście nie opóźniło to podróży gdyż chłopacy z Gniezna (oprócz Irka) pogubili się w Nakle więc i tak byliśmy w Kcyni pierwsi.
   W tym miejscu deszcz jeszcze się nasilił. Z tego powodu na stacji stali też kierowcy współczesnych motocykli, ubrani w stroje przeciwdeszczowe. Po prostu nie dało się jechać. Spędziliśmy tam trochę czasu opowiadając o tym, że nasze motocykle jadą ze średnią prędkością około 60 km/h i podroż z Łeby do Wągrowca trochę trwa. Nie za bardzo w to wierzyli. Zniecierpliwieni ruszyliśmy w objęcia deszczu.
   Tak jak cały dzień, wydawało mi się, że woda już nie jest mi straszna, bo przecież i tak mam wszystko mokre, to przez ostatnie 25km musiałem zrewidować moje postrzeganie deszczu. Padało tak intensywnie, że niewiele było widać przez kask. Samochody nadjeżdżające z przeciwka wyrzucały spod kół tyle wody, że ta trafiała pod szybę kasku. Woda była wszędzie w ogromnych ilościach.
   Teraz cieszę się, że nie zalało stacyjek w lampach i nie musieliśmy stać.
   Jak to zwykle bywa, gdy dojechaliśmy do domu to przestało padać i nie padało już do wieczora.
   To był dobry dzień. Przyjemnie osiągnąć założony cel, mimo przeciwności.

Wnioski

   Rajdowe wnioski są bardzo proste. Jeśli nie jedzie się na punkty, to człowiek cieszy się trasą i towarzystwem. Wszystko wtedy jest fajne i nie zastanawiasz się nad każdym szczegółem imprezy.
   Ciekawszy wniosek jest za to związany z podróżą. Powinniśmy zacząć jeździć w odblaskowych kamizelkach. W czasie deszczu czarne kurtki i ciemne motocykle zlewały się z otoczeniem. Nie oszukujmy się, że mamy takie super światła, że będzie nas widać. Nie, nie będzie. Lampki są małe i mają małą moc.
   Do Łeby na pewno wrócę, jeśli czas pozwoli. Obowiązkowo w kamizelce odblaskowej!












środa, 2 stycznia 2019

2018 rok czyli historia kilku rajdów

 
      Cześć!
   Dawno mnie tu nie było i bardzo tego żałuję. Postaram się poprawić.
   Post ten można uznać za pewne podsumowanie starego roku, jednakże chciałbym też opisać w nim kilka spostrzeżeń na temat środowiska klasyków/weteranów i ich wpływu na życie ich posiadaczy.
   Ostatniej nocy minionego roku większość z was się bawiła lub, tak jak ja, spędziła ją  w pracy i była jedną z niewielu osób "na mieście" o poranku. Ludzie snuli się po chodnikach jeszcze leniwiej niż nasze staruszki po drogach. Owe staruszki snują się za to z większą gracją i dostojeństwem w porównaniu do zmęczonych całonocnym balem wielkomiejskich gentlemanów czy towarzyszących im dam.  
   Czy Ci przechodnie odnaleźliby się w środowisku związanym z weteranami? Ale na początek... W środowisku weteranów czy klasyków? Nadal trudno mi uchwycić tę granicę. Mimo, że imprez z nimi związanych jest ogrom. "Klasyki" spotykają się w każdym mieście, bywam na takich spotkaniach z czystej ciekawości i chęci pooglądania trochę starszych pojazdów codziennego użytku. Patrzę na osoby tam bywające i zastanawiam się jakie motywy stoją za zakupem 20-30 letniego pojazdu. Niezależnie czy to "demolud" czy typowe dla Polski auto niemieckie, z rozmów wynika, że dominuje chęć posiadania czegoś nietypowego w stosunku do współczesnej motoryzacji. Wiąże się to niestety, w większości, z zupełną ignorancją materii jaką jest taki pojazd. Myślę, że wynika to z ich szerokiej dostępności. Najmłodsze z tych pojazdów są dla mnie właśnie tymi gentlemanami i damami snującymi się o poranku po balu. Elegancko ubrani, pachnący tanim szampanem i piechotą zmierzający do domu. Cieszy mnie oczywiście, że starają się mieć klasę i nawiązywać do ciekawych wartości i zwyczajów.
   Wróćmy jednak do początkowego pytania. Czy odnaleźliby się w środowisku posiadaczy pojazdów około wojennych lub lat50? Patrząc na ten miniony rok myślę, że odpowiedzią jest: TAK. W mojej opinii wynika to niestety z zaniżania poziomu weterańskiego środowiska. Umasowienia go - w niedobrym znaczeniu tego słowa. Zaczynamy mieć problemy dotykające duże skupiska ludzkie, mimo pozostawania jednocześnie niewielkim gronem ludzi. Spory, oskarżenia, jawna niechęć, ubliżanie. Cały rok obfitował w sytuacje tego typu. Mówię oczywiście o MPPZ w klasie motocykli. Czy obrazuje to resztę środowiska? Myślę, że tak. Powinno to być zastąpione przyjacielską atmosferą i chęcią rozwiązania każdego problemu lub sporu. Wszystko oczywiście otoczone zdrową sportową rywalizacją.
    Chciałbym aby w następnym roku sytuacji tego typu było mniej. Nigdy ich nie wyeliminujemy, ale zawsze można życzyć roku lepszego niż poprzedni.   
   A jak sportowo wypadł rok? Dla mnie dobrze, zająłem 3 miejsce na podium w swojej kategorii. Ale skupmy się na rundach i ich organizatorach. 
   Nie byłem na wszystkich – ominąłem rajd w Firleju. Pozostałe opisałem dbając o jak największy obiektywizm.
   Większość z nich cierpi na brak ludzi do organizacji. Jest to moim zdaniem jeden z największych problemów. Wprowadza to chaos i wtórnie - rozczarowanie, co na bardzo długo pozostaje w pamięci uczestników.
   Kolejnym ważkim problemem wszystkich rund jest ich zbyt niski poziom sportowy. W moim odczuciu konkurencje powinny być trudniejsze. Ograniczyło by to przypadkowość punktacji i wyłoniło najlepszych kierowców oraz maszyny. Moim zdaniem konkurencje typu: łapanie kur na łące - mogą być ciekawą przygodą i tematem wesołych wspomnień, ale nie powinny istotnie wpływać na klasyfikację końcową. To czym się zajmujemy jest sportem z przymrużeniem oka. Pamiętać jednak należy, że robiąc slalom między latarniami na parkingu jednego z dyskontów spożywczych, też zostajemy mistrzem Polski albo nawet całego świata. A co mi tam! Całego wszechświata! Zatem drodzy organizatorzy, sprawcie aby rajdy były trudniejsze!
   Wiem, że boicie się zmniejszenia frekwencji. Patrząc na niewielką rotację zawodników w ciągu roku, nie grozi wam, że nikt się nie pojawi jeśli runda będzie trudna. Łatwość konkurencji nie powinna być czynnikiem zachęcającym do pojawienia się.
   Jeśli zaś chodzi o frekwencję. Popularyzacja rund i tego typu spędzania czasu wymaga działania całego środowiska i długiego czasu. Ale taka praca u podstaw, może przynieść pożądane rezultaty.
   Chciałbym, aby działalność nas wszystkich krzewiła kulturę techniczną i szacunek dla materii nieożywionej. Co prawda żyjemy w czasach "instant", ale pamiętajmy, że nie wszystko jest jednorazówką, którą łatwo zastąpić.
   Zapraszam do dyskusji, może się mylę lub patrzę na środowisko w zbyt negatywny sposób.

Na zakończenie wywodu i początek nowego roku, życzę sobie i Wam podnoszenia poziomu relacji międzyludzkich bez względu na to, w ilu tysiącach egzemplarzy Wasz pojazd został wyprodukowany.

p.s.
kilka zdjęć z minionego sezonu