środa, 3 lipca 2019

"Śladami Piastów" - mój lokalny rajd

 Cześć!


   Nagromadzenie rajdów i pracy powoduje, że zaniedbuje bloga, więcej czasu poświęcam profilowi na znanym portalu społecznościowym, zachęcam do obserwacji! Tymczasem tutaj obszerniej podzielę się kolejnym motocyklowym doświadczeniem!
   Jeśli przez ostatnich kilka lat śledziliście moje poczynania, to wiecie, że większość rajdów, na których się pojawiam, odbywa się we wschodniej Polsce. Dlatego też rajd organizowany przez Classic Gniezno bardzo mnie elektryzuje. Nie tylko z powodu bliskości ale także z nadziei na to, że będzie jakaś runda MPPZ na zachodzie Polski. Nie jestem tego pewien, ale to był chyba pierwszy rajd na motocyklu zabytkowym w moim życiu. Stąd też obraz tej imprezy jest w mojej głowie bardzo wyidealizowany i jednocześnie wiele od niej wymagam.
   W tym roku na Simsonie wybrał się z nami Wiktor- dla niego była to pierwsza tego typu impreza w życiu i też pierwsza wyprawa tak starym motocyklem

Piątek

   Po raz kolejny jadę na rajd po nocce w pracy – całe szczęście niezbyt wymagającej. Po pracy zawitałem do domu, spakowałem się, zjadłem obiad i spokojnie ruszyłem autem do Wągrowca, gdzie czekał na mnie tata i Wiktor.
   Wybór motocykli był dość oczywisty. Tata na Gazeli, bo gwiazda musi błyszczeć w całej Polsce. Wiktor na Simsonie z racji prostoty jego obsługi i prowadzenia. Ja natomiast wziąłem Szkaradę, bo skoro już ją posiadam, to musi chociaż tysiąc kilometrów w sezonie przejechać. 
   Do celu mieliśmy około 60 kilometrów. Wycieczka w sam raz późne piątkowe popołudnie. 
   Po drodze z Janowca Wielkopolskiego mieliśmy zabrać Mateusza (YouTube: Kotocykl Bylina). Zanim jednak do niego dotarliśmy, to udało się nam dogonić cztery motocykle z niemieckimi tablicami rejestracyjnymi, które jak się okazało jechali na ten sam rajd. Wyprzedzając pytanie (lub drwiny): tak, Szkarada tez dała radę. Motocyklami tymi były dwa Indiany z przednim zawieszeniem resorowym (z końca lat 20stych), Awo "turist" i Royal Enfield. Chłopacy jechali z okolic Berlina i byli już 16 godzin w trasie. Zabraliśmy ich ze sobą do Mateusza. Jego zdziwiona mina, gdy wszyscy wjechaliśmy na podwórko była bezcenna. W takim składzie pognaliśmy do Ośrodka Roma w Chomiąży Szlacheckiej. 
   Na miejscu dokonaliśmy stosownych opłat i rozpoczęliśmy integrację w gronie dobrze znanych nam motocyklistów oraz tych nowo poznanych. 
   Zwykle unikam pisania o części integracyjnej, lecz tym razem ważną częścią była trudna dyskusja o oczekiwaniach w stosunku do rajdów. Myślę, że warto się nad tym zastanowić i kontynuować te rozważania. 

Sobota

   Nie jest to runda MPPZ więc nie trzeba budzić się o 7 rano na śniadanie i odprawę. Ta odbyła się krótko przed 10 i poprzedzała pierwszą konkurencję sprawnościową. 
   Inaczej niż zazwyczaj, numery startowe dostaliśmy po odprawie.
   Wspomnianą wcześniej konkurencją był przejazd wzdłuż drutu, trzymając metalową obręcz podłączoną do prądu,  która to stykając się z drutem powodowała włączenie klaksonu. Każdy kolejny sygnał skutkował jedym punktem karnym. Jadąc Szkaradą, której manetka gazu się nie cofa, przejechałem próbę na półsprzęgle z ustawionym wcześniej gazem, trzymając obręcz prawą ręką. Metą tej próby było zatrzymanie się tylną osią w osi miernika. Każdy centymetr to dodatkowy punkt karny. Niby prosta sprawa czyli jazda na wprost a jednak co chwilę odzywał się klakson.
   Wykonaliśmy to jako jedni z ostatnich, oglądając poprzedzające nas 40 występów innych zawodników, którzy prezentowali różne style jazdy i umiejętności.
   Po tym ruszyliśmy na trasę która miała około 100 km. 
   Dzień wcześniej trochę wspominaliśmy, że nie lubimy prostych rajdów i z tej okazji Przemo z ClassiC`a dołączył do itinerera kartkę ze zdjęciami różnych lokalizacji, które trzeba było uszeregować w kolejności w jakiej wstępowały na trasie. Dodatkowo trzeba było liczyć ograniczenia prędkości do "30" oraz znaki ostrzegające o dzikiej zwierzynie. 
   Pierwsze kilkanaście kilometrów wiodło super asfaltem w środku lasu i przez zapomniane przez czas wsie. Gdzieś po drodze natknęliśmy się na drugą próbę sprawnościową. Polegała ona na przejechaniu przednim kołem jak największej ilości gumowych kurczaków. Ogrom uśmiechu wywoływał u mnie dźwięk albo raczej kwik gumowej maskotki, gdy kolejny motocyklista je rozjeżdżał. 
   Patrząc na ten swego rodzaju slalom uświadomiłem sobie po raz kolejny, jak różna w zależności od kraju była koncepcja budowy motocykla. Najlepiej widać to było, gdy Arek jechał swoją WLką. Świetny duży motocykl, który jednak nie skręca za bardzo. Z drugiej strony konstrukcje niemieckie, które manewrowały dużo lepiej. Domyślam się, że wynika to z rodzaju dróg i zabudowy na obu kontynentach. W Ameryce północnej jeździ się na długie dystanse drogami właściwie prostymi a u nas jak wiadomo ciągła zabawa w zakrętach.
   Uzupełniliśmy płyny i ruszyliśmy w upał. Celem było muzeum w Gnieźnie. Na trasie trochę pobłądziłem nie zauważając jednego znaku, ale i tak udało nam się wyprzedzić wielu motocyklistów i dotrzeć do Gniezna dość sprawnie. Mogło być jeszcze lepiej, gdyż na jednych ze świateł w mieście Szkarada puściła wodę. Zagotowała się. Jazda na 3/4 gazu kilka godzin w upale nie służy dobrze temu małemu motocyklowi. Odczekałem chwilę na poboczu z Piotrem który przyjechał swoim BSA A7 aż z Wrocławia i ruszyliśmy do muzeum. 
   Tam mieliśmy okazję zobaczyć ekspozycję oraz odpowiedzieć na kilka pytań. Po wszystkim uzupełniłem wodę w chłodnicy. W wyniku zagotowania ubyło jej prawie 450ml, co na tak małą chłodnicę jest prawie 1/3 objętości.
   Następnie ruszyliśmy na rynek w Gnieźnie. Odwiedziliśmy dom Powstania Wielkopolskiego znajdujący się w starym ratuszu oraz zrobiliśmy sobie zdjęcia z Królami i Królasami. Zdjęcia były elementem sprawdzanym na mecie rajdu. 
   Zjedliśmy lody i udaliśmy się w dalszą drogę, której finał znajdował się w bazie rajdu. 
   Po drodze odwiedziliśmy dwa PKP, przy których wystarczyło tylko zdobyć informację służącą do odpowiedzi na pytanie zawarte w karcie drogowej. Tak to jadąc przez Wielkopolskę i Kujawsko-Pomorskie około godziny 16 dojechaliśmy do bazy rajdu, gdzie czekała nas ostatnia konkurencja.
   Teraz głęboki wdech, bo będzie skomplikowanie. Jadąc z lewej strony trzeba było z postumentu wziąć mały woreczek i rzucając nim trafić w duży worek. Były ich cztery. Następnie objechać małe krzesełko i z rynny, w której były ułożone kolorowe kulki wziąć ich jak najwięcej i wrzucić do torby, którą miało się na szyi. Znów jechałem na półsprzęgle, ale i tak wrzucanie kulek mi nie poszło za bardzo.
   Po wszystkim, w towarzystwie Wiktora, musiałem niestety udać się w drogę powrotną. Upał i droga pod wiatr bardzo doskwierała Velocette,  na każdym skrzyżowaniu przygasała.
   Wyjazd i tak zaliczam do bardzo udanych. 

Wnioski i przemyślenia

   Nie zostałem na balu komandorskim, więc nie znam opinii uczestników na temat rajdu - mam nadzieję, że podzielą się nimi w komentarzach.
   Zacznijmy od przygody Wiktora- oglądanie osoby, która pierwszy raz jedzie zabytkowym motocyklem jest świetne! Począwszy od patrzenia jak próbuje odpalić kickstarterem jednocześnie nie wiedząc za bardzo jak posłużyć się przelewem, na słuchaniu opisu wrażeń z jazdy konczywszy. Sam za bardzo nie doświadczam tego jak bardzo technika, od lat '80, wpłynęła na jakość prowadzenia motocykli. Obserwowanie kogoś kto się z tym zderzył było bardzo ciekawym i w pewnym stopniu pouczającym doświadczeniem. Po raz kolejny uświadomiło mi, jak bardzo trzeba maszyny szanować oraz ile trzeba myśleć o tym, aby poprawnie je użytkować we współczesnym ruchu, żeby nie narazić ich na uszkodzenie. Dodatkowo zastanawia mnie jak by to było jeździć na co dzień współczesnym pojazdem, w którym jest ogrom mocy i momentu obrotowego.
   Istotniejszy jednak jest rajd. Jaki powinien być? Dlaczego "Śladami Piastów" nie jest rundą MPPZ? Co się stało, że jest mniej motocykli niż kilka lat temu? Te pytania padały wiele razy. Nie jestem w stanie udzielić dokładnych i jednoznacznych odpowiedzi. Powiem wam jaki rajd był z punktu widzenia reportażysty, którym teraz się czuję. Jak zwykle świetnie zorganizowany. Zakwaterowanie i jedzenie na bardzo dobrym poziomie. Całą dobę pilnowany park maszyn - super. Chociaż zamiast angażować członków klubu można by wynająć firmę ochroniarską do tego zadania. Rejestracja i próby zorganizowane świetnie i płynnie. Grill i piwo z kija dostępne całą dobę też jest super pomysłem. 
   Klub jest duży i widać było ogrom członków zaangażowanych w rajd. Mimo to w czasie rund MPPZ jest dużo więcej konkurencji na trasie oraz innego rodzaju przerywników. Mimo, że mało, który klub organizujący rundy ma aż tyle osób dostępne do pomocy.
   Trasa miała 100 km. Było to więcej niż w poprzednich edycjach. Jak zwykle świetnie przygotowana z bezbłędnym itinererem. Jak dla mnie za krótka.
    Organizacyjnie nie mam się do czego przyczepić. Mimo to motocykli było około 50. W tym tylko kilka z Gniezna i okolic. Dziwi mnie to gdyż bardzo często widzę w mieście i okolicy jakieś WSKi czy inne „niemce” z lat 70tych czy 80tych.
   Chciałbym aby ten post podsycił dyskusję jaki powinien być rajd. Czego od niego oczekujecie? Co byście chcieli aby się pojawiało? Co jest rzeczą zbędną lub wręcz denerwującą? Do dzielenia się opinią zapraszam na moim profilu na Facebooku pod postem z linkiem do tego artykułu.















niedziela, 30 czerwca 2019

43 ROTOR rajd motocyklowo-samochodowy


Cześć!




   ROTOR, ROTOR, ROTOR... Duże litery, jak i sam rajd wzbudzają wiele emocji oraz kontrowersji. Za każdym razem gdy zbliża się termin wymienionego rajdu, możemy znaleźć w Internecie duże ilości niezbyt pochlebnych mu komentarzy. Wszystkie opinie zwierają historie o negatywnych zachowaniach organizatorów lub uczestników rajdu. Dla mnie rajd ten jest "nowością", byłem na nim dopiero czwarty raz, a jak wiemy było ich ponad czterdzieści. Pomijając to, że trzech z nich w ogóle nie ukończyłem, to nigdy nie zauważyłem nic, chociażby zbliżonego do treści internetowych opowieści bazujących na doświadczeniu innych uczestników. Wiem, że ilość ludzi (a w tym roku było ponad 200 motocykli) powoduje, że coś złego wręcz musi się wydarzyć. Myślę, że oczekiwania trzeba dostosować do możliwości i warunków. Nadal... przemierzając ośrodek i jeżdżąc po trasie, do niczego nie udało mi się przyczepić. A może organizatorzy są dla mnie mili, bo mogę ich tutaj opisać?:D


Czwartek

   Wszystko teoretycznie miałem przygotowane. Torba spakowana, motocykl na przyczepce, auto zatankowane. Wystarczyło, niestety po nocce, podjechać 40km, zabrać motocykl i rura do Olsztynka.
  Zaczęły się schody... Jak się okazało przyczepki nie są łatwą materią. Znalezienie wszystkich świateł we wtyczce i gnieździe zajęło mi dobre dwie godziny. A to, w mojej opinii, raczej prozaiczny problem związany z korzystaniem z przyczepek. Kolejne to dostosowanie prędkości jazdy i cofanie nią, co bardziej spędza sen z powiek. Oczywiście trening czyni mistrza, lecz takowego nie miałem i po kilku dniach jazdy nadal uważam, że mam go za mało.
   Całe szczęście po wszystkich perypetiach tego dnia, około 22:30, udało mi się dotrzeć do celu, jakim był ośrodek Perkoz.
    
Piątek


   Zaczął się od zawieszonego pływaka. Szybka naprawa, w czasie której dosłownie znikąd pojawiły się małe, zaintrygowane dzieci. Już bylem prawie gotowy do drogi. Za pomoc w noszeniu narzędzi przewiozłem ciekawskie szkraby w wózku, motocykl zapozował do zdjęć i mogłem ruszyć do bazy rajdu. Wniosłem odpowiednie opłaty i uzyskałem 206sty numer startowy. Nie wiem ile jeszcze numerów po mnie się zarejestrowało, ale gdzieś na trasie widziałem 238.
   Przywitałem się ze znajomymi, utworzyliśmy grupę w której będziemy podróżować i ruszyliśmy.
   Wyznaczona trasa miała 170 km. Wiodła w większości drogami asfaltowymi. Pierwsza próba sprawnościowa była po kilkunastu kilometrach. Prosty slalom, w którym zakręty były w lewo (nie dało się podnieść kosza). Warto wspomnieć o jednym z założeń tego slalomu- nie można było przekroczyć 30 sekund przejazdu, ponieważ powodowało to otrzymanie taryfy.
   Po kolejnych kilkunastu kilometrach, w czasie podjazdów pod górę, poczułem, że ślizga mi się sprzęgło. Zwolniłem i stwierdziłem, że bez problemu, spokojnym tempem przejadę pozostałe kilometry. Na kolejnej górce okazało się, że nie jestem w stanie już dalej jechać. Zatrzymałem się przy tartaku i zacząłem regulację sprzęgła. Nic nie pomagało. Zajrzałem więc do kosza sprzęgłowego i zacząłem tam regulować. Też nic nie pomogło. Podjąłem zatem trudną i przykrą decyzję, aby zlawetować motocykl do ośrodka i kontynuować rajd w samochodzie. Poprosiłem starszego Pana, który patrzył jak się bawię z motocyklem, żeby mnie podwiózł do Perkoza i lawetą ruszyłem po Pandemonium. Jak się w kolejnych dniach okazało, sprzęgło nie było wcale takie złe, wyczepił się wodzik i nie zasprzęglał biegów. 
   Całe to regulowanie i odwożenie motocykla trwało prawie 3 godziny. Z itinererem w ręku na trasę ruszyłem autem. Dzwoniąc do kolegów, z którymi początkowo jechałem, okazało się, że są już na siedemdziesiątym kilometrze trasy. Zamiast dogonić ich, jak najszybciej innymi drogami, postanowiłem podążyć trasą zaplanowaną przez organizatorów, którą przemierzali moi kompani. Okazała się ona fenomenalna! Piękne wąskie asfalciki w cudownych okolicznościach przyrody. 
   Rajd przebiegał tak sprawnie, że przez wiele kilometrów mijałem miejsca, gdzie powinny być konkurencje, ale już zdążyły się zwinąć. Innym udało mi się przyjrzeć po drodze. Było ich dziewięć, jeśli dobrze pamiętam. Obejmowały testy z wiedzy o historii motoryzacji (trudne i ciekawe pytania), z ruchu drogowego, wiedzy o danym miejscu historycznym, jak zwykle również próby sprawnościowe na motocyklu. 
  Warto wspomnieć o jednej, gdzie trzeba było się zatrzymać tylną osią przed metą w odległości tylu metrów, ile wyrzuciło się na kostce. Nigdy wcześniej z podobnym pomysłem się nie spotkałem.
   Po drodze mijałem ludzi z różnymi awariami. Komuś zabrakło benzyny, odpadł gaźnik, urwał się zbiornik paliwa czy jakiś inny wężyk. Jak to w czasie rajdu... Dziwnie jednak oglądało się to z perspektywy samochodu.
   Po powrocie oddałem numer startowy i zająłem się integracją.
   ROTOR jest miejscem, gdzie można zobaczyć wiele ciekawych pojazdów. W tym roku się również nie zawiodłem. Najbardziej zaskoczył mnie wojskowy Rikuo oraz DKW z oryginalnymi płozami śnieżnymi. 


Sobota


   Tradycyjnie dla ROTORu, jest to dzień wyścigowy. W tym roku na lotnisku w Olsztynie były to wyścigi na 1/4 mili. Trasa dojazdu do tego ostatniego punktu rajdu miała około 50 kilometrów. Tego dnia do kosza zabrał mnie Marcin, któremu bardzo dziękuję. Jechaliśmy malowniczymi drogami asfaltowymi oraz kilka kilometrów przez miejscowość położną w lesie nad jeziorem. 
   Na lotnisku, poza wyścigami, odbył się konkurs elegancji oraz próba sprawnościowa. Podziwiać można było piękne stroje i motocykle. Niestety wszystko w ostrym słońcu bez centymetra cienia. Trochę szkoda, że konkurs elegancji nie odbywa się na rynku w Olsztynie. Trudno się nie powtarzać, że zależy mi, żeby nasze maszyny były żywe w świadomości ludzi, a miejsce publiczne i ogolnosodtepne te idee realizuje. Nie upieram się nad Olsztynem, ale warto rozważyć dowolne inne centrum miasta. 
   Po wszystkim wróciliśmy do ośrodka tą samą trasą, którą przyjechaliśmy.
   Tego dnia nie zostałem na balu komandorskim, tylko pojechałem do domu.


Podsumowanie


   Rajd ROTOR ma coś w sobie... Myślę, że jest to magia ilości uczestników, rzadkich motocykli które się pojawiają i chyba bycia najstarszym rajdem w Polsce. Oceńcie to sami. 
Dla mnie jest póki co pechowy, ponieważ zazwyczaj nie udaje mi się ukończyć. Mimo to, nie zrażam się, chętnie wracam i z przyjemnością oddaje się atmosferze tworzonej przez setki osób uwielbiających stare motocykle.

















sobota, 1 czerwca 2019

Sudety 2019 podróż pełna przygód


   Cześć!


   Z racji tego, że zdjęcia nie oddają wszystkiego, to nie mogę się powstrzymać przed napisaniem czegoś na temat wyjazdu w Sudety.

   Wyjazd zaplanowany został kilka miesięcy temu. Chociaż zaplanowany to za duże słowo. Ustaliliśmy termin i nie robiąc nic czekaliśmy na niego. Na kilka dni przed wyjazdem przyszła niechęć do oderwania się od życia codziennego, zdarza się to prawie zawsze. Na szczęście, na dzień przed, rozpoczęły się przygotowania. Opracowanie trasy, miejsc które chcemy odwiedzić, pakowanie się, organizacja urlopu... Udało się!

   Czwartek


    Umówiliśmy się na wyjazd około godziny 11 z Pobiedzisk. Przyjechałem do Wągrowca, spakowaliśmy motocykle i rura do Irka.

   Po drodze zgarnęliśmy Leszka i Oskara na Junakach i podjechaliśmy do ostatniej załogi naszego rajdu.



   Trasa wiodła drogami o randze maksymalnie powiatowej. Strategią prowadzenia naszej pięciomotocyklowej kawalkady było poruszanie się na południowy zachód. Brak słońca utrudniał nawigację. Na szczęście pogubiliśmy się tylko raz, zamiast na Gostyń pojechaliśmy na Borek Wlkp. Na tamtym odcinku Awo znów zaczął dawać o sobie znać. Co jakiś czas się zacierał doprowadzając mnie do szewskiej pasji.


   Mimo problemów technicznych, ze średnią prędkością około 55km/h i bez większych awarii udało nam się dotrzeć około 19:00 do Jedliny Zdroju, konkretnie do Oberży PRL.
   Od początku wyjazdu byłem trochę przerażony tym miejscem, z racji nazwy. Czasy komunizmu jakoś nigdy nie nastrajały mnie pozytywnie. Wchodząc zobaczyliśmy ogrom pamiątek z czasu PRL i haseł z epoki. Starsza część naszej ekipy patrzyła na to wszystko trochę z nostalgią. Na szczęście jedzenie i atmosfera były świetne! Upojeni drogą i jedzeniem oddaliśmy się dyskusji na tematy polityczno-motocyklowe.




   Piątek

   Tego dnia musieliśmy zmienić miejsce noclegu w związku z weselem, które miało się odbyć w oberży. 
   Zaczęliśmy od śniadania i poszliśmy zrobić drobny przegląd motocykli. Na początek poszukiwanie przyczyny zacierania się AWO- padł pomysł problemów z zapłonem albo niewyregulowanych zaworów. Przy okazji sprawdziliśmy olej, który jak się okazało miał pełen stan. Nie mieliśmy pomysłu co może się z nim dziać, każdy obstawiał co innego. Ponadto w jednym z Junaków Leszek poprawił zbieżność.




  Ruszyliśmy do Sokolca gdzie właścicielka Oberży zapewniła  nam zakwaterowanie. Nie jechaliśmy najkrótszą drogą, lecz trasą pięknymi widokami i ewidentnie za trudną dla Awo. Nie dało się jechać, ciągle się zacierał. Raz do tego stopnia, że przez kilka minut można było stać na starterze a silnik się nie ruszał. Postanowiliśmy więc, że gdy dojedziemy na miejsce zostawmy motocykl, aby wieczorem do niego zajrzeć.


   Miejscem naszego dalszego pobytu miał być dom, w którym mieszkali właściciele Oberży. Piękne miejsce w górach, nad strumieniem i z garażem, który nam udostępniono. 




   Po rozpakowaniu się wsiałem na Junaka z Leszkiem i ruszyliśmy w stronę Czech.
   Pogoda nam sprzyjała. Widoki były piękne, więc mogliśmy poruszać się "na słońce" w kierunku Skalnego Miasta. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad popijany Kofolą – ciekawy napój podobny do znanej nam coli. W skalnym mieście chłopacy z Classica poszli w góry, a my z ojcem zostaliśmy „pilnować” motocykli. O dziwo, czas w ogóle się nie dłużył. Na parkingu przed wyjazdem spotkaliśmy znajomego z Kórnickiego Klubu Motocyklowego Mad Dogs i po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w drogę powrotną.









   Smutno mi było, że nie mogę prowadzić własnego motocykla. Ale cóż... awaria na własne życzenie i rozsądek zwyciężył, aby zostawić go w garażu.
   Po powrocie zajęliśmy się grillowaniem i próbą naprawy Simsona. Zaczęliśmy od regulacji zaworów. Kolejnym typem było spuszczenie oleju i jego wymiana. Tutaj nastąpiło zaskoczenie- miarka pokazywała pełen stan a z miski wyleciało niecałe pół litra oleju, ciemnego jak kontynent afrykański. Tajemnica rozwiązana: zacierał się z powodu braku oleju! Tego samego, który został zmieniony w zeszłym sezonie i przejechał ledwie 2800km. Po nalaniu świeżego oleju ujrzeliśmy dym z rury wydechowej, czytaj - silnik do remontu. Dlatego kolejny dzień Awo miało zostać w garażu, aby w niedzielę jako wrócić do Pobiedzisk.
   Tego dnia przejechaliśmy około 120-140 km.





   Sobota

   Pogoda zapowiadała przelotne opady deszczu. Tego dnia znów jeździłem z Leszkiem. Za cel obraliśmy sobie Srebrną Górę, gdzie swój pensjonat ma założyciel Classic MC Poland - Sławek. Popatrując na mapę ruszyliśmy możliwie najbardziej krętymi drogami, jakie mogły zaprowadzić nas do celu. W Srebrnej Górze odwiedziliśmy twierdzę i zachwyciliśmy się pięknie wyremontowanym miasteczkiem. 
  Popijając kawę i opowiadając sobie ze Sławkiem różne motocyklowe historie, doczekaliśmy się deszczu. Niby mżawka, a jednak nie mieliśmy ochoty moknąć, więc przedłużyliśmy trochę naszą towarzyską wizytę.






   Po deszczu ruszyliśmy w kierunku krętych dróg otaczających Park Krajobrazowy Gór Sowich. Po kilku kilometrach znów złapał nas deszcz, więc po raz kolejny się zatrzymaliśmy. Na twarzach moich kompanów było widać zniecierpliwienie a nawet drobną złość spowodowaną widokiem wody sączącej się ze stalowego nieba. Gdy już się rozpogodziło, to MZ stwierdziła, że jednak zostajemy. Coś się stało, że nie dostawała paliwa. Zaczęło się rozkręcanie gaźnika.




   Okazało się, że zapchała się jedna z dysz w gaźniku – pierdoła uniemożliwiająca jazdę.
   Z racji nieba, które groziło nam deszczem skróciliśmy planowaną trasę i pokonaliśmy tylko jedną przełęcz na drodze do Sokolca. W ciągu całego dnia przejechaliśmy około 50-60km. Po tej trasie jeden z Junaków wymagał drobnych regulacji i poprawy funkcjonowania dźwigni zmiany biegów. W naprawie okazała się pomocna puszka po kolorowym napoju.




   Niedziela

   ak zwykle dzień powrotu. Dodatkowo dzień prawdy czy Awo wróci 300km, czy nie. Raz w życiu jechałem lawetą z powodu awarii i nie chciałem tego powtarzać. Byłby to ewidentnie wstyd na całą Polskę. 
   Około 11 ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie planowaliśmy zbędnych postojów, gdyż dym z rury Awo nie zapowiadał spokojnej jazdy i nie nastrajał pozytywnie. Widmo lawety, a raczej busa było przerażające. Pierwszy postój był w Strzegomiu gdzie trzeba było dolać około 700 ml oleju i dokręcić gaźnik, który się poluzował z nieznanych mi przyczyn. Tam też spotkaliśmy motocyklistę na jakimś współczesnym Gutku, który pokazał synowi jakie to maszyny były używane za czasów jego młodości. Wzbudzane przez nas zainteresowanie, to zawsze miłe doświadczenie. Lubię widzieć ten błysk w oku, spodziewać się w myślach innych fali wspomnień, które budzą nasze maszyny.
   Kolejny przystanek nie był planowany. Ale jak znów zobaczyłem monumentalny klasztor w Lubiążu, to musiałem zmusić chłopaków do postoju. Wiązało się to jednocześnie z dolaniem oleju. Kolejne 100ml. Mimo, że brał olej, to jechał tak dobrze, jak nigdy wcześniej.
   W pięknym słońcu do Rawicza jechaliśmy z prędkością około 70-90km/h. Wg wskazań licznika Irka czasami przekraczaliśmy 100km/h. Tam zjedliśmy tosta na stacji reklamującej się hasłem „Moc, jakość, zysk” i dolałem oleju do motocykla.
   Dalsza część drogi, to już tylko gonitwa ze strachem o zatarcie silnika. Przerywana jedynie dolewaniem oleju do silnika.
   Całe szczęście motocykl dojechał bez większych problemów. Na trasie około 300km zużył niewiele ponad 2 litry oleju silnikowego, co uważam za niedużą ilość biorąc pod uwagę jak bardzo wysilałem silnik w czasie jazdy. 
   

   Taka to historia naszego wyjazdu. Na pewno nie ostatniego w tym roku! Całą drogę jechaliśmy w kamizelkach odblaskowych. Dało się odczuć, że byliśmy bardziej widoczni na drodze, niż zwykle. Wiele samochodów próbujących się włączyć do ruchu z drogi podporządkowanej, widząc nas, rezygnowało z prób drobnego wymuszenia miejsca na drodze. Gorąco polecam tego typu rozwiązanie w czasie podróży klasykiem.









czwartek, 9 maja 2019

I runda MPPZ 2019


Cześć!
   Wiem, że dawno się tu nie udzielałem, więc czas to zmienić!
   Pierwsza runda MPPZ była idealną okazją, aby się gdzieś przejechać motocyklem z kolegami.
Jeśli nie wiecie, to celem tej podróży była Łeba.
   Początkowo jechać mieliśmy w cztery osoby, lecz z czasem przybyły do grupy dwa motocykle i Maciek do kosza.

Piątek

   Urlop zorganizowany, zatem w piątek o 12 spotkaliśmy się w Janowcu Wielkopolskim i ruszyliśmy na północ. Pogoda nam sprzyjała, humory dopisywały więc nie spodziewałem się żadnych problemów.
   Trasa była bardzo prosta: Janowiec Wielkopolski > Kcynia > Nakło nad Notecią > Sępólno Krajeńskie > Chojnice > Bytów > Lębork > Łeba.
   Do Sępólna jechaliśmy prawie bez problemów. Tam niestety, jak to w mieście bywa, grupa się podzieliła. Na ostatnim rondzie chłopacy z Gniezna pojechali na Tucholę zamiast na Koszalin, przez co musieliśmy na nich czekać na stacji benzynowej.
   Kolejna osoba zgubiła się w Chojnicach, dlatego zabrakło jednego motocykla na rynku.
Dalej szło gładko. Jedyne co rozczarowywało to Simson. Na każdej dłuższej prostej zawieszał się tłok. Dopiero na bardzo krętych drogach i gdy temperatura spadła mogłem podwyższyć średnią przejazdu.
   W ten sposób po 7 godzinach podróży dotarliśmy na teren kempingu, gdzie była baza rajdu. Po przyjeździe zakwaterowaliśmy się w naszym domku, wybraliśmy do sklepu i zaczęliśmy integrację z dawno nie widzianymi znajomymi.

Sobota

   Obudziło mnie wołanie na śniadanie. Dziękuję Irkowi, że tak o nas dbał w kwestii wyżywienia. Jednak jajecznica o 6:30 nie jest moją ulubioną potrawą.
   Gdy uczestnicy się rozbudzili a organizator zaczął nerwowo chodzić po placu, udaliśmy się na odprawę. Z racji braku chęci na zdobywanie punktów w MPPZ w tym roku, nie skupiałem się na niuansach tych zawodów. Bardziej interesowała mnie trasa. Prowadzić miała Słowińskim Parkiem Narodowym. Bardzo mnie to ucieszyło. Asfalt jest nudny.
   Około 9:30 wyruszyliśmy, w sumie w 9 motocykli, na trasę rajdu. Po kilku kilometrach chłopacy z Janowca Wielkopolskiego musieli się zatrzymać z powodu awarii, więc pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła pagórkami i lasami pomorza. Była genialna. Itinerer też prowadził nienagannie. Zdarzenia i odległości za każdym razem pasowały. Całość tego dnia miała 130 km i była podzielona na sześć etapów.
   Część prowadząca przez Park była dość wymagająca. Poza kopnymi piaskami był też podjazd, który wymagał pchania motocykla lub przygrzania trochę sprzęgła. Cześć z zawodników na pewno miała żal do organizatora za tak trudne warunki jazdy. Nie ma się co dziwić, jeśli traktujesz swój pojazd jak egzemplarz muzealny. Mi to natomiast odpowiada. Jest fajne i dodatkowo udowadnia, jak bardzo stara motoryzacja była przystosowana do każdych warunków jazdy.
   Po drodze odbywały się konkurencje sprawnościowe, testy i inne tego typu zabawy. Większość z nich była w okolicy ciekawych obiektów lub punktów widokowych. Niestety z powodu nie najlepszej pogody punkt przy jeziorze Łebskim nie był tak spektakularny jak bym się tego spodziewał.
   Na końcu jednego z etapów zawitaliśmy do miejscowości Żelazo. Dotarliśmy tam jako pierwsi, dużo przed wyznaczonym czasem. Wniknęło to z racji kompletnej ignorancji czasów przejazdu i punktów karnych, które się za nieprzestrzeganie ich otrzymuje. Tam poczęstowano nas zupą oraz odbyła się próba sprawnościowa bez użycia motocykla. Polegała na pokonaniu slalomu oraz równoważni pchając przód od Osy. Wydarzył się przy tym drobny wypadek. Leszek w czasie biegu potknął się i pokaleczył nogę. Na szczęście niegroźnie.
   Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę trochę na przekór organizatorom, którzy ostrzegali nas, że kolejny punkt może jeszcze nie istnieć. Byli blisko prawdy. Gdy dojechaliśmy, to właśnie rozstawiano namiot ze słodkim poczęstunkiem. Slalom za to już stał. Polegał na dwóch przejazdach. Jeden na czas a drugi tylko do oceny techniki jazdy. Był dość wymagający z racji grząskiego i i poszarpanego bronami terenu.
   Kolejny etap miał być już ostatnim. Ruszyliśmy więc co koń wyskocz w kierunku bazy. Odcinek ten przerwany był w dwóch punktach. Pierwszym z nich było spotkanie ze strażakami. W tym miejscu niestety okazało się, że Leszka zaczyna coraz bardziej boleć noga. Podjęliśmy decyzję o ominięciu ostatniej „atrakcji” tego dnia rajdu i udaliśmy się bezpośrednio do Łeby.
   Później okazało się, że był to pomiar przyśpieszenia. Czekałem na tą zabawę od zeszłego roku a tu taki pech, że mnie ominęła.
   Zaopatrzyliśmy ranę i zaczęliśmy integrację. Ośrodek pełen domków bardzo sprzyjał przemieszczaniu się od jednych znajomych do drugich.

Niedziela

   Drugi dzień rajdu, a dla nas dzień powrotu. Powitał nas deszczem. Wiedzieliśmy, że będzie padać ale łudziliśmy się, że uda się przejechać jak największy odcinek bez deszczu. Dwie godziny spędziliśmy oglądając wyjazd zawodników na trasę i owijając się streczem na wszelkie możliwe sposoby. Oczywiście prawie nikt nie zabrał stroju przeciwdeszczowego.
   Około 11 ruszyliśmy. Już po 3 kilometrach zaczęło padać i tak aż do Bytowa gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. W czasie jedzenia bawiły mnie bardzo dwie rzeczy. Pierwszą był nasz wygląd: zmoczeni, brudni – bardzo odstawał od elegancko ubranych ludzi w tej dość drogiej restauracji. Drugą było to jak deszcz nas popędza, przez co nie robimy zbędnych postojów.
   Kolejnym przystankiem w naszej deszczowej podróży była stacja benzynowa w Chojnicach. Tam już dojechaliśmy o różnym czasie. Na poprzedzających Chojnice zakrętach część motocykli została z tyłu. Czekając, odplątałem się ze streczu i z zaskoczeniem stwierdziłem, że znaczna część mojego ciała jest sucha.
   Gdy wszyscy się zjechali, ruszyliśmy dalej. Umówiliśmy się, że spotykamy się w Nakle nad Notecią i każdy ruszył swoim tempem. Moje tempo niby było dobre. Niby, gdyż na zbyt długich prostych Awo zawieszał tłok. Jest to bardzo deprymujące, ponieważ wiesz, że motocykl może jechać szybciej, przyśpiesza a po chwili musisz wcisnąć sprzęgło i na poboczu poczekać chwile, aby znów go zapalić. Po kolei wszyscy się zjechali. Herbata i rura do Kcyni, gdzie mieliśmy się rozstać.
   Na tym krótkim odcinku w Gazeli skończyło się paliwo więc trzeba było spuścić trochę z Awo. Całe szczęście nie opóźniło to podróży gdyż chłopacy z Gniezna (oprócz Irka) pogubili się w Nakle więc i tak byliśmy w Kcyni pierwsi.
   W tym miejscu deszcz jeszcze się nasilił. Z tego powodu na stacji stali też kierowcy współczesnych motocykli, ubrani w stroje przeciwdeszczowe. Po prostu nie dało się jechać. Spędziliśmy tam trochę czasu opowiadając o tym, że nasze motocykle jadą ze średnią prędkością około 60 km/h i podroż z Łeby do Wągrowca trochę trwa. Nie za bardzo w to wierzyli. Zniecierpliwieni ruszyliśmy w objęcia deszczu.
   Tak jak cały dzień, wydawało mi się, że woda już nie jest mi straszna, bo przecież i tak mam wszystko mokre, to przez ostatnie 25km musiałem zrewidować moje postrzeganie deszczu. Padało tak intensywnie, że niewiele było widać przez kask. Samochody nadjeżdżające z przeciwka wyrzucały spod kół tyle wody, że ta trafiała pod szybę kasku. Woda była wszędzie w ogromnych ilościach.
   Teraz cieszę się, że nie zalało stacyjek w lampach i nie musieliśmy stać.
   Jak to zwykle bywa, gdy dojechaliśmy do domu to przestało padać i nie padało już do wieczora.
   To był dobry dzień. Przyjemnie osiągnąć założony cel, mimo przeciwności.

Wnioski

   Rajdowe wnioski są bardzo proste. Jeśli nie jedzie się na punkty, to człowiek cieszy się trasą i towarzystwem. Wszystko wtedy jest fajne i nie zastanawiasz się nad każdym szczegółem imprezy.
   Ciekawszy wniosek jest za to związany z podróżą. Powinniśmy zacząć jeździć w odblaskowych kamizelkach. W czasie deszczu czarne kurtki i ciemne motocykle zlewały się z otoczeniem. Nie oszukujmy się, że mamy takie super światła, że będzie nas widać. Nie, nie będzie. Lampki są małe i mają małą moc.
   Do Łeby na pewno wrócę, jeśli czas pozwoli. Obowiązkowo w kamizelce odblaskowej!