wtorek, 29 października 2019
Retro Motor Show 2019
Cześć!
Nic się nie dzieje w moim motocyklowym świecie więc bardzo się ucieszyłem, że w okolicy jest jakaś impreza związana z zabytkową motoryzacją.
Bardzo chciałem odwiedzić MTP (miejsce odbywania się Retro Motor Show) w Poznaniu w piątek aby uniknąć tłumów zwiedzających, lecz się nie udało.
Na szczęście w sobotę krótko po 10 nie stałem w kolejce i w miarę bez problemu obszedłem cały obszar targów.
Rozpocząłem od stoisk gdzie wystawiali się sprzedawcy samochodów (także pojedyncze motocykle). W pierwszej z hal ucieszyła mnie mała ilość motoryzacji niemieckiej. Piękne Volva, Alfy, Saaby, Fiaty i amerykańskie samochody. O cenach trudno mi się wypowiadać. Spośród pojedynczych motocykli, które się tam znajdowały ceny były przystępne. W kolejnych dwóch halach było znacznie więcej niemieckiej motoryzacji. Właściciele tych aut prezentowali zarówno samochody na sprzedaż jak i swoje umiejętności remontowania oraz... detailingu. Słowo dla mnie nowe. Tak się teraz mówi na mycie samochodu. Cała hala Mercedesów, VW i innych BMW w których właściciele prześcigali się w stopniu wyczyszczenia swojego samochodu. Gdzie nie włożyłem palec tam było czysto. Nawet pod przewodami w silniku. Piękna robota.
Dalej odwiedziłem stoisko ClassiC Mc Poland oraz Poznańskiej grupy miłośników motocykli zabytkowych "Karburator". Wystawili maszyny bardzo tematycznie dobrane. Widziałem wiele osób, które z uśmiechem na twarzy wspomina marki pojazdów które można było tam zobaczyć.
Kolejne stanowiska należały do automobilklubów, prywatnych muzeów, firm zajmujących się renowacją.
W tej części było zdecydowanie więcej motocykli. Wiele też z nich było na sprzedaż. Zarówno pięknie wyremontowane jak i w stanie wymagającym dużej ilości pracy. Na szczególną uwagę zasługiwało stoisko z zabytkowymi traktorami oraz dwa stoiska Citroena. Piękne maszyny.
Impreza była na bardzo wysokim poziomie. Miło też było spotkać znajome twarze.
Na następnej edycji też się na pewno pojawię.
Poniżej kilka zdjęć które wykonałem tego dnia.
środa, 2 października 2019
Ostatnia runda MPPZ u Ostatnich Mohikanów
Cześć!
Cieszy mnie
konstruktywna krytyka, którą otrzymałem od was w związku z poprzednimi postami.
Postaram się spełnić wasze oczekiwania odnośnie jakości postów, które tutaj
umieszczam.
Ten sezon
nie był najlepszym jeśli chodzi o frekwencję na rundach MPPZ. Jednakże ostatni
rajd w sezonie jest punktem obowiązkowym. Zazwyczaj był to rajd Łódzki, lecz po
pewnych perypetiach roku poprzedniego – zmiany w regulaminie niezgodne z
regulaminem PZM - jego miejsce zajął rajd organizowany przez rybnicką grupę-
Ostatni Mohikanie.
Grupa ta
organizowała już dwa rajdy w poprzednich latach. Oba były opisywane na tym
blogu ( http://klasykiwpodrozy.blogspot.com/2017/07/ii-rajd-row-oczami-oskara.html
Wiedzeni
doświadczeniem lat poprzednich byliśmy prawie pewni, że w tym roku też będziemy
zadowoleni.
Tym razem
nocleg zorganizował ojciec dużo wcześniej, więc przynajmniej jedną rzeczą się
nie martwiliśmy. Pierwotnie miało jechać więcej osób, ale ich liczba się ciągle
zmieniała. Ostatecznie motocyklami wyruszyliśmy z ojcem, Irkiem i Krzyśkiem.
Czwartek
Była około 8. Poranek był zimny i szary. Do ostatniej chwili mieliśmy wątpliwości czy jest męczyć się na kołach czy może wrzucić motocykle na busa.
Ruszyliśmy
do Pobiedzisk.
W ciągu tych
45 km zrozumiałem, że jestem nieodpowiednio ubrany. Chłód był wielce
przenikliwy i na miejscu musiałem zaopatrzyć się w kalesony. To samo zrobił
ojciec.
Dodatkowo
uświadomiłem chłopaków, że jak zwykle jadę zepsutym motocyklem. Wtedy oznaczało
to brak ładowania (światła, klakson).
Zebraliśmy
się w sobie i ruszyliśmy w stronę Rybnika. Trasę planowaliśmy prowadzić
drogami, które na mapach mają numery trzy cyfrowe lub nie mają ich w ogóle.
Za Jarocinem
podjęliśmy jednak decyzję, że jedziemy "11". Motocykle jechały dobrym
tempem a ruch wcale nie był tak duży, jak się obawialiśmy.
Aż do
Ostrowa Wielkopolskiego szło bardzo dobrze. Tam jednak na obwodnicy Awo złapało
panę (kapcia, laczka, gumę czy jak to inaczej się nazywa w waszej okolicy) w tylnym
kole. Na szczęście bez większych trudności udało mi się opanować motocykl i
zatrzymaliśmy się na poboczu, aby mienić dętkę. W oponie znajdował się mały
gwóźdź. Koło napompowaliśmy elektrycznym kompresorkiem, który zabrał Krzysiek.
Po niecałej godzinie motocykl był zdatny do dalszej jazdy i ruszyliśmy do
najbliższej stacji, aby podnieść ciśnienie w kole.
Dalej
jechaliśmy spokojnym tempem zatrzymując się co jakiś czas na tankowanie maszyn
i siebie ciepłymi płynami z racji niskiej temperatury.
Około 30 km
przed Strzelcami Opolskimi złapał nas pierwszy tego dnia deszcz. Przeczekaliśmy
go pod wiatą przystankową i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tylko po to, aby po
kilku kilometrów zatrzymać się znowu. Tak miała niestety wyglądać droga prawie
do samego Rybnika. Trochę mnie to martwiło, gdyż nie miałem świateł. Założyłem
więc latarkę czołową na przednią lampę i w awaryjnej sytuacji mogłem
przynajmniej być bardziej widoczny na drodze. To ostatnie 100 km zajęło około 3
godzin. Z tego powody do bazy rajdu dotarliśmy dopiero około 1830.
Zmęczeni,
ale szczęśliwi!
W czasie
tego ostatniego odcinka drogi zastanawiałem się czy domek, w którym mieliśmy
nocować, będzie ogrzany. Był! 24 stopnie wydawały mi się wtedy upałem.
Ci którzy
mieli, przebrali się w suche ubrania i oddaliśmy się integracji.
Piątek
Poranki dzielą się ciężkie lub najcięższe. Dla Krzyśka i Irka ten był najcięższy. Wiąże się to z tym, że nie byli w stanie wyruszyć na trasę rajdu. Ojcu i mi za to się udało! Razem z ekipą ClassiC Gniezno, która przyjechała lawetami ruszyliśmy na kilku etapową trasę rajdu.
Itinerer
wydawał się przejrzysty więc ochoczo pognaliśmy grupą 7 motocykli w kierunku
pierwszej konkurencji. Był nią przejazd, w czasie którego trzeba było na słupki
drogowe nałożyć paski klinowe i przejechać po wyznaczonej trasie bez
przekroczenia krawędzi zaznaczonej taśmą. Zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, że
czas był mierzony bramkami z fotokomórką. Nie było więc mowy o niedomówieniach
w kwestii czasu przejazdu.
Szybko
wykonaliśmy zadania i spokojnym tempem około 50km/h ruszyliśmy w kierunku
kolejnego punktu. Okazało się, że trafiliśmy nad zalew w lesie. Mieliśmy tam
wyłowić przy pomocy wędki tłoki z wiadra. Wtedy też zauważyłem, że prawie całą
drogę jedziemy wśród lasów w których jest ogrom grzybiarzy. Pobawiliśmy się w
łowienie i ruszyliśmy dalej.
Na tym
odcinku mijaliśmy górnicze szkody. Było niesamowitym oglądać budynki pochylone
pod niewiarygodnym kątem i będące nadal zamieszkane. Wtedy też znacznie
pogorszył się asfalt i Awo zaczął zachowywać się w dziwny sposób. Przód zrobił
się zupełnie sztywny. Na każdej nierówności przednie koło odrywało się od
nawierzchni. Dotarliśmy do leśnego sanktuarium, gdzie czekał nas poczęstunek i
test z wiedzy o ruchu drogowym. O dziwo mój test nie wymagał wiedzy a
logicznego myślenia. Bardzo mnie to ucieszyło i dzięki temu nie zgarnąłem,
żadnego punktu karnego. W tym miejscu pierwszy raz w czasie rajdu byliśmy
świadkami naprawy motocykla. Zepsuł się mały Simson i komisyjnie nie udało się
go naprawić.
Następnym
przystankiem była stacja diagnostyczna, gdzie odbywał się slalom z przejazdem
po desce i przewożeniem tłoka z jednej beczki na drugą. Tutaj też czas mierzyły
bramki. Niestety nie mam zdjęć z tego fragmentu, gdyż zajęty byłem pompowaniem
przedniego koła w Awo i próbie ruszenia amortyzatorów. Oczywiście
bezskutecznej.
Wszyscy
szybko objechaliśmy konkurencję, wciągnęliśmy po sznytce ze smalcem i ogórkiem
i ruszyliśmy.
Kojarząc
okolicę sprzed 3 lat dobrze zgadłem, że jedziemy do zabytkowej kopalni Ignacy.
Kolny slalomik na czas. Był na tyle długi, że kierowcy,
którzy przejechali go poprawnie albo bardzo powoli sprawili, że taryfa stała
się bardziej dotkliwa niż zwykle. Szybko wykonaliśmy konkurencje i udaliśmy się
w stronę bazy rajdu. Był plan aby jechać najkrótszą drogą, ale pojechaliśmy na
itinerer podziwiając uroki górnego śląska.
Na miejscu
od razu zabraliśmy się do rozbierania przodu motocykla. Okazało się, że w lewej
ladze zawiesił się zaworek przez co się nie ruszała. Brudząc się olejem i
wysłuchując całego grona widzów udało się naprawić przód. Pewnie dziwi was, że
najpierw zabraliśmy się za przód zamiast rozwiązać problem z prądem. Komfort
jazdy okazuje się jednak ważniejszy niż światła.
Po robocie
znów oddaliśmy się integracji w domkach i przy ognisku. Jednym z elementów
integracji była naprawa sprzęgła w SHLce Piotrka z Magnetu.
Sobota
Kolejny poranek był zdecydowanie bardziej łaskawy, tego dnia wszyscy wyruszyliśmy na trasę rajdu.
Pierwszym
przystankiem był Rybnicki rynek, na którym odbyła się próba sprawnościowa oraz
konkurs elegancji. Niestety problemu ze sprzętem spowodowały, że dość liczna
publika nie usłyszała co zawodnicy mieli do powiedzenia na temat swoich
pojazdów.
Na rynku
pojawił się też Pawlasty, którego możecie znać z bloga
"Motocyklowanie" lub stąd. Przyjechał tym razem nie SHL lecz
współczesnym motocyklem. Zjedliśmy lody i ruszyliśmy dalej.
W kolejnym
etapie trasy niestety się trochę pogubiliśmy i nie mogliśmy znaleźć jednej
z ulic, w którą trzeba było wjechać. Jechaliśmy ekipą 7 motocykli i jakoś
tak na raty w odpowiednią ulicę wjeżdżaliśmy. Dawno się tak bardzo nie
pogubiłem na rajdzie, aż mi było głupio prowadząc, nie wiedzieć gdzie jadę.
Następny
przystanek był obiadowo/testowo/rozrywkowy. Testy z historii motoryzacji
były zaskakująco łatwe. Rozrywkowym elementem tego postoju była przejażdżka
kolejką wąskotorową. Zabrała nas ona do rewitalizowanej stacji, gdzie
jeździliśmy na czas drezyną. Genialny wyścig, który wzbudził ogrom emocji. Oczywiście
pozytywnych!
Gdy
wróciliśmy na parking czekała już na nas tylko droga powrotna do ośrodka.
Przedłużyłem ją trochę jadąc na stację benzynową.
Po powrocie
zacząłem naprawiać ładowanie w motocyklu. Przepaliła się żarówka i nie było
wzbudzenia w układzie elektrycznym. Znalazłem jeden luźny kabelek, który się
przepalił. Niestety dodatkowo strasznie zaśniedziały blaszki trzymające żarówkę
w oprawce. Mimo walki nie udało mi się tego zrobić dobrze. Musiałbym wyjąć
stacyjkę czego się bałem ze względu na jej bardzo zły stan. Na szczęście bez
świateł da się jechać.
Wieczorem
tradycyjnie odbyło się wręczenie nagród. Nie wiem czy miejsca w klasyfikacji
rocznej były już pewne, gdyż nie śledziłem punktacji. Wiem za to, że wszyscy
bawili się świetnie, mimo chłodnej nocy - zabawa później odbywała się na
świeżym powietrzu przy ognisku.
Niedziela
Mieliśmy
ambitny plan wyruszyć o 8 rano w drogę powrotną. Po bojach i śniadaniu udało
się wyruszyć krótko po 9. Droga powrotna miała wieść "11".
Muszę przyznać,
że szło nam bardzo dobrze. Jedynym problemem, z którym musiałem się zmagać było
okresowe uzupełnianie powietrza w kole przednim, które zaczęło je tracić.
Poza
przystankami na stacjach benzynowych postanowiliśmy odwiedzić poprzedniego i
zarazem pierwszego właściciela mojego AWO. Było to bardzo miłe spotkanie, na
którym poznaliśmy kilka historii z przeszłości motocykla.
Wyjeżdżając
z Ostrowa już miałem trochę dosyć podróży motocyklem. Po pierwsze z racji
ilości przejechanych godzin w siodle a po drugie (na własne życzenie), bo byłem
zbyt grubo ubrany a nie chciało mi się zdjąć jednej warstwy.
Dalej już
bez przygód dojechaliśmy do Pobiedzisk a ostatnie 45 km spokojnym tempem do
domu.
Podsumowanie
W mojej, jak zawsze, subiektywnej ocenie rajd był
super! Między innymi dzięki pilnowaniu czasów wyjazdu ze startu wszystko na
punktach odbywało się bez zbędnych przestojów. Taka precyzyjna organizacja
pomaga też zniwelować braki w ilości osób do obsługi i zdecydowanie zmniejsza
napięcie wśród uczestników. Nie wiem, czy to wynik zbierania doświadczenia z
całego roku, organizatorzy ostatniego rajdu mają komfort uczenia się na
ewentualnych błędach innych. Mam nadzieję, że będzie to tendencja, która się
utrzyma, według mnie sprawność przebiegu jest bardzo ważnym elementem.
ROW
bardzo dobrze zajął miejsce ostatniej rundy MPPZ, które wcześniej należało do
Rajdu Ziemii Obiecanej. Mimo, że RZO darzę dużą sympatią i trochę żałowałem, że
nie jedziemy właśnie tam.
Z resztą sami
się wypowiedzcie o waszych wrażeniach w komentarzach na Facebooku.
Dziękuję
wszystkim przybyłym za udział oraz chłopakom z ClassiC Gniezno za wspólne
rajdowanie. Do zobaczenia niedługo!
wtorek, 23 lipca 2019
X Rajd Motocykli Zabytkowych
Cześć!
Jubileuszowy
rajd organizowany przez Towarzystwo Motocykli Dawnych Weteran Płock
miał być super pod każdym względem. Na dobry tydzień przed
zacząłem się zastanawiać czy nie będę miał zbyt wygórowanych
oczekiwań i czy spojrzę na niego obiektywnie. Szczególnie w
okresie, kiedy intensywnie zastanawiam się jak powinien wyglądać
rajd idealny, dla jak największej ilości motocyklistów. Ciągłe
analizowanie krytyki, pochwał i spostrzeżeń różnych ludzi wpływa
na obserwację rzeczywistości.
Czwartek
Niestety
z przyczyn technicznych i pracy nie udało się wyjechać w kierunku
bazy rajdu w Boguszewcu.
Piątek
Z
chłopakami z ClassiC Gniezno umówiłem się o 6 w Gnieźnie.
Pozytywnie zaskoczyła mnie punktualność ekipy z Pobiedzisk,
zazwyczaj trzeba na nich czekać. Trasa była całkiem prosta:
Gniezno > Strzelno > Włocławek > Dobrzyń nad Wisłą >
Sierpc > Boguszewiec. Większość nawigacji określa czas
przejazdu na około 3 godziny. Mieliśmy być na styk na rozpoczęcie
rajdu. Jadąc jedynie z dwiema przerwami, które nie były na
naprawy, tylko kawę i tankowanie. Dotarliśmy do celu około 10.
Zarejestrowaliśmy się, pobraliśmy itinerer i na trasę! Tego dnia
rajdowcy przejechać mieli około 130 km po, dość dobrze mi
znanych, malowniczych terenach. Z racji tego że nikt z nas nie
jechał na punkty do Mistrzostw Polski postanowiłem, że zmienię
podejście do rajdu na bardziej tradycyjne. Już tłumaczę co to
oznacza. W MPPZ zawodnik zbiera punkty karne, kto ma ich mniej ten
wygrywa. Natomiast tradycyjna wersja zwycięstwa zawiera w sobie albo
przyjazd na linię mety na pierwszym miejscu albo zebranie
największej ilości punktów. Wybrałem to drugie rozwiązanie.
Założyłem jednocześnie, że wszystkie konkurencje będę
wykonywać prawidłowo poza jednym elementem, który przyniesie mi
taryfę (150% najgorszego rezultatu danej konkurencji) .
Chciałem
też dojechać pierwszy na linię mety, więc nie mogłem stosować
do średnich czasów przejazdu.
W
związku z tym mogliśmy rozpocząć próbę dogonienia zawodników,
którzy wyjechali ponad godzinę przed nami.
Do
pierwszego punktu pomiaru czasu wyprzedziliśmy już kilka
motocykli.
Przy
pierwszym PKP byliśmy już prawie przy peletonie. Pierwsza próba to
wolna jazda, w której taryfę zdobyłem nie zatrzymując się z metą
między kołami. Następnie w tym punkcie była do rozwiązania
zagadka logiczna. Bardzo fajna konkurencja, przy której złapałem
taryfę rozwiązując zagadki za innych.
Kolejne
punkty, na których się zatrzymywaliśmy były zawsze w jakimś
urokliwym miejscu. Kolejno: slalom przy leśniczówce, pomiar obrotów
silnika przy klasztorze z pięknym ogrodem. Po tym dojechaliśmy do
zamku w Golubiu-Dobrzyniu, gdzie trzeba było odpowiedzieć na kilka
pytań, po czym udaliśmy się na rynek na obiad, test wiedzy z
historii motoryzacji oraz kolejną próbę sprawnościową.
Golub-Dobrzyń jest bardzo urokliwą miejscowością, której rynek
zawsze wywołuje na mojej twarzy wiele uśmiechu. Tam też
postanowiliśmy zrobić sobie dłuższy odpoczynek w nasze podróży,
która zaczęła się przecież o 6 rano.
Po
jedzeniu, gdy słońce zaczęło nam już doskwierać, skierowaliśmy
się w stronę Rypina. Jednakże organizatorzy trasę urozmaicili i
po kilku kilometrach skreciliśmy do Szafarni, gdzie przy pałacyku
czekała nas kolejna konkurencja. Polegała ona na rozpoznaniu trzech
utworów z bajek. Były to bajki które pokoleniu 30latków, z racji
młodego wieku, ciężko było odgadnąć. W związku z tym nie
przystąpiłem do zadania i otrzymałem taryfę :D
Zwiedzając
województwo Kujawsko-Pomorskie trafiliśmy tuż przed deszczem do
Skrwilna. Czekała tam na nas próba o bardzo dużym stopniu
komplikacji. Rozpoczynała się biegiem, kiedy to pchało się koło
a później Komarka (Koszmarka), następnie trzeba było uruchomić
motocykl i przejechać jak najszybciej slalom w dość grząskim
gruncie. Następną przyjemnością tego miejsca była "Wielka
Gra". Znów zabawa którą jako młody 30latek ledwie pamiętam
z telewizji. Pytania były z wiedzy o Henryku Góreckim,
człowieku-legendzie Płockiego weteraniarstwa. W czasie tej gry
dowiedzieliśmy się też, że ominęła nas po drodze konkurencja o
nazwie "Koneser", którą sędziował właśnie "Heniek".
Polegała ona na rozpoznaniu smaków 5 nalewek. Jedyną, której nikt
nie zgadł, była dereniówka. Gorycz braku możliwości bycia tam
osłodziła mi taryfa, którą otrzymałem.
Przeczekaliśmy
deszcz i ruszyliśmy do bazy. Tak jak zakładałem udało się
dojechać do mety pierwszym!
Dalszą
część dnia oddawaliśmy się dyskusjom, integracji oraz
korzystaniu z uroków ośrodka. Wspomnieć muszę, że korzystać
mogliśmy z sauny, basenów, bani i różnych innych rozrywek, które
na wszystkich robiły wrażenie.
Jedyną
rzeczą, która trochę spędzała mi sen z powiek był brak noclegu.
Na szczęście Renata z Mińskiego Magnetu zorganizowała nam 4
miejsca noclegowe przez co tylko ja musiałem przespać się na
podłodze.
Sobota
Wspominając
ponad 350 km dnia wczorajszego trochę cieszyłem się, że tego dnia
ma być ich tylko 130. Po śniadaniu pogoda nie napawała optymizmem.
Trochę kropiło. Postanowiliśmy się przespać i darować sobie
jazdę na itinerer. Szczególnie, że okolica jest mi znana więc
dojazd do Brodnicy nie powinien nastręczać problemów. No i tu się
myliłem. O ile droga nie była przeszkodą, o tyle jej jakość
odcisnęła smutne piętno na Simsonie. Jadąc po bardzo wyboistym
asfalcie ze zdecydowanie zbyt dużą prędkością najpierw urwałem
celę w akumulatorze tracąc światła. Następnie w czasie jazdy
wystrzelił ze stacyjki kluczyk wraz z zasłonką. Zasłonkę
złapałem a kluczyka nie udało się znaleźć na poboczu.
Mimo
tych drobnych przygód dotarliśmy do Brodnicy pomijając trasę
itinerera. Obejrzeliśmy próbę sprawnościową pod wieżą oraz
zjedliśmy obiad. Trudno mi powiedzieć coś o trasie ale... zdobyłem
wszystkie punkty karne!
Spokojnym
tempem wróciliśmy do bazy rajdu gdzie oddaliśmy się integracji i
oczekiwaniu na podsumowanie.
Po
powrocie wszystkich zawodników odbył się konkurs elegancji, w
którym wzięła udział zadziwiająco duża liczba przebranych
zawodników.
Wieczorem
odbyło się rozdanie nagród oraz bal komandorski. Niczym
szczególnym mnie nie zaskoczył.
Wracając
do kwestii zwycięstw. Nie udało mi się być ostatnim. Najwięcej
punktów karnych zdobyła osoba, która w ogóle nie wyjechała na
trasę. Szkoda... ale przynajmniej jako pierwszy dojechałem do mety.
Niedziela
Wstaliśmy
rano, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Cały czas
jechaliśmy około 70km/h dzięki czemu po niecałych 4 godzinach
dotarliśmy do Gniezna. Pożegnałem się z resztą i ruszyłem do
domu. Oczywiście bez światełek i kluczyka.
Podsumowanie
Jak
wspomniałem na wstępie jest to kolejny rajd, na którym poszukuję
idealnego podejścia do organizacji. Wymiernikiem ma być ilość
motocykli, które przybędą na rajd. Jak we wcześniejszych wpisach
czytaliście najbliżej tego jest ROTOR rajd. Na rajd organizowany
przez Weteran Płock przyjeżdża około 80 załóg, co też nie jest
złym wynikiem. Ponadto poza kilkoma drobnymi sytuacjami, na które
uczestnicy zwrócili od razu uwagę, poszło perfekcyjnie. Tymi
drobnymi sytuacjami był zamęt związany z noclegiem oraz
nieprofesjonalne zachowanie najmłodszych organizatorów.
Nadal
nie wiem jaki jest rajd idealny i jak zmobilizować więcej osób do
weteraniarstwa. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie zarówno
chwaląc, jak i otwarcie krytykując poszczególne elementy imprez na
których bywacie.
Jeśli
chodzi o mój stosunek do Płockiego rajdu... Na pewno wrócę, bo
lubię gdy wszystko poza trasą jest trudne.
p.s.
dziękuję Pauli, Oli, Oskarowi i Leszkowi za wspólny wyjazd.
czwartek, 11 lipca 2019
Nocny Rajd Motocykli Zabytkowych
Cześć,
Impreza duża, startowało ponad 160 motocykli. Rajd w dwóch etapach - pierwszy nocny ze startem od 20:00 w piątek; ostatni uczestnik wyjechał na trasę dobrze po 22:00. Trasa ok 80km, w większości po asfalcie różnej jakości z jedną sekcją po dziurawym szutrze (ok 2km). Drugi etap dzienny, start w sobotę od 10:00, troszkę ponad 100km z długimi sekcjami po leśnych duktach i drogach polnych, czyli dziury, korzenie, kamienie i głęboki, sypki piach. W sumie rajd najlepiej było jechać lekką solówką lub 'ruskiem' z koszem. Ja jechałem na BMW R80 (solo) i w terenie nie było lekko.
Motocykle - było kilka 'rodzynków' z lat 30-tych: dwa ładnie odrestaurowane BSA , kilka Sokołów, kilka Harleji, wojenny Zundapp Sahara. Szacunek budził 'Pan Krzysztof', gość około 70-ki który przyjechał sam 'na kołach' Zundappem 200 gdzieś z Podhala (~400km) jechał cały rajd, zgarnął nagrodę za najstarszego uczestnika, najdłuższy dojazd (w klasie do 1945r) i trzecie miejsce w konkursie elegancji. Jeśli chodzi o samą imprezę to sporo osób traktuje ją jako zlot raczej niż rajd lub jedzie tylko część nocną i 'baluje' do białego rana w piątkową i sobotnią noc. Zakończenie imprezy to koncert z rozdaniem nagród w przerwie. Warunki na kempingu raczej podstawowe -dwu osobowe domki lub namiot, jeden duży blok sanitarny na cały obiekt, jedzenie z kuchni polowej lub z grilla 'pod chmurką' - fajnie jeśli nie pada.
Podsumowując, impreza ok ale w przyszłym roku dobrze się zastanowię czy jechać. Dla mnie najprzyjemniejsza była trasa dojazdowa z pobieżnym zwiedzaniem mijanych miast (Sandomierz jest uroczy) więc raczej wyjazd turystyczny bardziej by mi odpowiadał. Przejechałem w sumie prawie 1300km, pogoda była w większości dobra - złapałem troszkę deszczu w drodze powrotnej w okolicy Kielc. Zdjęć nie robiłem, na stronie organizatorów będzie ich sporo. (https://www. nocnyrajdweteranow.pl/)
Pozdrawiam,
Piotr
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































































